Boliwia (Cochabamba): Klucz do zmiany czyjegoś życia

Pierwszy miesiąc w Cochabambie już za nami. Kiedy ktoś mówił, że rok minie jak jeden dzień, ciężko było mi w to uwierzyć, a miesiąc dokładnie tak minął. Wszystko jest nowe… Dom, klimat, jedzenie, obowiązki, plan dnia, ludzie, ich mentalność, kultura, czas. Ciągle przyzwyczajam się do wszystkiego tego, co tak bardzo…

Pierwszy miesiąc w Cochabambie już za nami. Kiedy ktoś mówił, że rok minie jak jeden dzień, ciężko było mi w to uwierzyć, a miesiąc dokładnie tak minął. Wszystko jest nowe… Dom, klimat, jedzenie, obowiązki, plan dnia, ludzie, ich mentalność, kultura, czas. Ciągle przyzwyczajam się do wszystkiego tego, co tak bardzo różni się od mojej polskiej rzeczywistości. Przez pierwszych kilka dni czułam się tu trochę nieswojo. Jadąc przepełnionym autobusem, który wcale nie przypomina naszych europejskich, przedzierając się przez zatłoczone ulice dużego miasta, gdzie cały czas słychać dźwięk klaksonów, mijając ludzi, którzy żyją głównie z handlu na ulicy i patrząc na dzieci, które całe dnie towarzyszą w tym swoim rodzicom, uświadomiłam sobie, jak bardzo inne jest tutaj życie. Zderzenie z boliwijską rzeczywistością do dzisiaj czasami jest bardzo mocne i często doświadczam czegoś, co bardzo mnie zaskakuje. Te pięć tygodni było jednak czasem, który w zupełności wystarczył mi na zaprzyjaźnienie się Boliwijczykami, którzy są bardzo towarzyscy, kontaktowi i radośni.

Miesiąc ten upłynął nam na poznawaniu działań naszego centrum oraz samotnych matek, którym pomaga Siostra Teresa. Odwiedzałyśmy je w ich domach, lub też one przychodziły ze swoimi pociechami po pomoc do naszego centrum. Otwarta została także nowa kuchnia dla ubogich, która mamy nadzieję będzie konkretną pomocą dla samotnych matek i ich dzieci. W każdą niedzielę jeździłyśmy do domu dla kobiet i dzieci, które doświadczyły przemocy od swoich najbliższych. Odbywały się tam warsztaty dotyczące wartości życia, kobiety i rodziny. Nie zabrakło też zabaw z dziećmi, które pomimo wielu zranień miały uśmiech na twarzach i już po dwóch godzinach nazywały nas swoją rodziną. Spotkania te były także okazją do tego, aby matki usłyszały o naszym centrum i wiedziały, że mogą liczyć na naszą pomoc, gdy tylko będą jej potrzebować.

Bardzo często po wizytach w tych trudnych miejscach, razem z moją współwolontariuszką Justyną, nieco przybite historiami spotkanych ludzi, zastanawiałyśmy się jak im pomóc, co zrobić, aby zmienić ich życie i czy w ogóle da się je zmienić, czy rok to wystarczająco dużo czasu, aby pomóc im w uleczeniu tych wszystkich ran i czy to, że życie ludzi, których widzimy na ulicy tak różni się od naszego oznacza, że są oni mniej szczęśliwi?
Jednego z tych wieczorów natknęłyśmy się na modlitwę świętego Franciszka, która każdego dnia pomaga nam w naszych misyjnych doświadczeniach:

Boże daj mi odwagę, bym zmieniał rzeczy, które zmienić mogę,
Spokój, bym godził się z rzeczami, których nie mogę zmienić
Oraz mądrość, bym potrafił je rozróżniać.

Trzeba się modlić o tą mądrość, ponieważ na misjach jest ona niezbędna. Mam wrażenie, że dopiero tutaj stojąc w obliczu tak dużych potrzeb uczę się, jak mądrze pomagać.
Pewnego dnia pewien franciszkanin, którego poznałam w Cochabambie podczas rozmowy powiedział mi jedno ważne zdanie:

Nie musimy zmieniać świata, zrobił to już Pan Jezus umierając za nas na Krzyżu, a naszym zadaniem jest każdego dnia być świadkami Jego bezgranicznej Miłość, która zmienia ludzkie życie.

Myślę, że to właśnie dawanie tej Miłości, czasu, zainteresowania drugą osobą i wynikająca z tego konkretna pomoc są w stanie zmienić coś w życiu tych, którzy najbardziej tego potrzebują.