Dilla: pierwsze wrażenia

Ciężko mi uwierzyć w to, że już minęły ponad cztery tygodnie, odkąd dotarłam do Dilla w Etiopii. Mimo wszystkich przygotowań, mogę się zgodzić z tym, co często słyszałam od wolontariuszy powracających z misji – nie da się być w stu procentach gotowym. Dopiero gdy dojechałam na miejsce i zaczęłam z bliska doświadczać tutejszej codzienności, zrozumiałam, jak bardzo różni się ona od naszej.

Pierwszy tydzień spędziłyśmy na aklimatyzacji oraz poznawaniu się z liderkami, z którymi wspólnie przygotowywałyśmy się do prowadzenia summer campu (*obozu letniego) dla dzieci. Język nie był barierą. Mimo tego, że nie był on idealny, to uczyłyśmy się od siebie wzajemnie – my uczyłyśmy liderki angielskiego, a one nas amharskiego. 

Summer Camp czas zacząć!

Po wszystkich przygotowaniach wystartował nasz pierwszy – dwutygodniowy summer camp, który odbył się w przedszkolu znajdującym się w dzielnicy slumsów. Na obóz zostało zapisanych ostatecznie ponad 300 dzieci, a każda klasa liczyła mniej więcej 50 do 70 osób.

Prowadziłyśmy lekcje angielskiego, matematyki oraz śpiewu po angielsku. W międzyczasie były również tańce, a popołudniami odbywały się treningi sportowe oraz różne gry integracyjne.

Wielka moc małych gestów

Czas na summer campie był intensywny i nie zawsze było łatwo. Jednak z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że ten okres był bardzo owocny i wiele się nauczyłam. Niezwykłym doświadczeniem była dla mnie radość, którą każdego dnia widziałam na twarzach dzieciaków. Będąc na misji, często chcemy zmienić więcej, niż to możliwe, a tak naprawdę to dla tych dzieci wystarczy, że po prostu jesteśmy, że patrzymy na nie z troską i się do nich uśmiechniemy.

Twarzą w twarz z prawdą 

To, co było dla mnie wyjątkowo trudne, to zderzenie się z rzeczywistością naszych podopiecznych. Większość z nich pochodzi z bardzo ubogich rodzin i żyje w slumsach. Niektóre z nich nie miały nawet ubrań na zmianę – każdego dnia przychodziły w tym samym zestawie. Z drugiej strony, po niektórych zupełnie tego nie było widać, bo przychodziły dzieci zadbane i dobrze ubrane. Dopiero, gdy przejeżdżałyśmy przez slumsy i nasi uczniowie do nas machali, to docierało do nas, że oni również żyją w tak trudnych warunkach. Widok naszych podopiecznych w tym środowisku był dla mnie bardzo poruszający. Część dzieci dodatkowo pochodzi z dysfunkcyjnych rodzin, gdzie nie zawsze doświadczają miłości i większość dnia spędzają na ulicy. Dlatego summer camp był dla nich nie tylko czasem nauki czy zabawy, ale stał się bezpieczną przestrzenią, gdzie mogli po prostu być dziećmi i dobrze spędzić czas.

Luksus zwykłej codzienności 

Mogę na pewno stwierdzić jedno: ten miesiąc nauczył mnie, aby zawsze doceniać najmniejsze rzeczy – dostęp do czystej wody, jedzenia, edukacji czy po prostu dach nad głową. Dla nas jest to zwykła część życia codziennego, a dla niektórych jest to luksus, który niełatwo posiadać. Jestem bardzo wdzięczna Bogu za to, że mogę tutaj być i wyciągać tak piękne lekcje od tutejszych mieszkańców.