Między Bogiem a hipopotamem
Kiedy usłyszałem, że moim miejscem posługi będzie Kazembe, wiedziałem o nim niewiele – choć w seminarium, przez pół roku dzieliłem pokój ze współbratem z Zambii; choć przede mną dwóch współbraci z Polski również odbywało tutaj swoje „wakacyjne praktyki”; choć we wspólnocie w Kazembe jest współbrat pochodzący z mojej inspektorii wrocławskiej…
Wiedziałem niewiele – ale wszystkie te osoby zapewniały mnie, że jest to dobre miejsce.
Gdy dotarłem do mojej wspólnoty w Zambii, z którą będę spędzał niemalże cały dzień – na modlitwie, pracy, posiłkach i w oratorium przy parafii – nie wiedziałem jak sporo zauważę dla siebie nowości i prostoty w codziennym funkcjonowaniu.

Pierwsze wrażenie
Pierwsze dni, to w zasadzie „praca u podstaw”, w której towarzyszyła mi Paulina (wolontariuszka z Polski). Dzieliła się ze mną swoimi spostrzeżeniami i uwagami podczas swojego półrocznego pobytu. Codzienny wzrok uczniów, nauczycieli i dzieci, tylko dlatego, że przyjechał do nich „muzungu” (inaczej biały), którego pierwszy raz widzą na oczy był niepowtarzalną okazją, aby poznać ludzi i miejscowość, w której spędzę 2 miesiące swojego życia „od wewnątrz”. To właśnie w codziennych czynnościach, jak malowanie szkoły, spacerowanie z różańcem, zabawa z dziećmi i rozmowy z animatorami w oratorium najlepiej można dostrzec to, czym lokalna społeczność żyje.



Diakońskie problemy
Wygląda na to, że dość szybko zaklimatyzowałem się w nowym miejscu, ponieważ mój przełożony poprosił mnie, abym już w niedzielę na porannej mszy świętej powiedział homilię (całe szczęście w języku angielskim, bo lokalnego jeszcze dobrze nie poznałem). Bez większego namysłu zgodziłem się, po czym zdałem sobie sprawę, że po pierwsze: przecież nigdy wcześniej nie przemawiałem z ambony w innym języku niż w Polskim, po drugie: nie znam jeszcze na tyle dobrze kontekstu ludzi, którzy przyjdą na Mszę, a przecież najlepsze kazania, to te które są adekwatne dla ludzi i nie wyrwane z kontekstu ich życia.
Ciekawe podczas przygotowywania się było to, że ciągle zadawałem sobie pytanie, czy to co mówię nie jest zbyt „europejskie lub polskie”? I chyba najwięcej czasu poprawiałem to, co bezrefleksyjnie pojawiało się w tekście, bo podobnie mówiłem już inne homilię, ale tutaj ludzie mierzą się przecież z innymi trudnościami i dylematami codzienności. Mimo wszystko przygotowałem się do Ewangelii o ziarnie, które pada na różną glebę i różne wydaje plony. Jestem zadowolony z tego, co przygotowałem.
Fonetyczne zagwozdki
Z czasem okazało się, że śmielej współbracia uczyli mnie formuł jakie diakon wymawia w trakcie Eucharystii, bo przecież istotne jest, żeby się nie przejęzyczyć i przypadkiem zamiast Bóg powiedzieć hipopotam (różnica tylko jednej litery). Musze się przyznać, że w tej kwestii zdążyło się kilka pomyłek przy rozdawaniu komunii, czy błogosławieństwie dzieci na zakończenie dnia w oratorium, jednak zawsze ktoś później zwrócił mi uwagę, jak poprawić swoją wymowę.


Czas na kolejny krok
Z czasem przyszła jednak większa pewność siebie podczas swojej posługi diakońskiej, a już teraz jestem w stanie czytać Ewangelię podczas codziennej Eucharystii. Dużą radość sprawia mi uczestniczenie na nabożeństwach i liturgii. W Afryce duchowe i ludzkie przeżycia w kościele i na Outstation (kościół filialny) są nieco inne niż w Polsce i dla takich doświadczeń zdecydowałem się w tym roku napisać podanie o wyjazd misyjny. W sierpniu zbliża się Summer Camp, który zbierze sporą liczbę dzieci z okolicznych miejscowości. Będzie to wspaniała okazja, aby przekazać dzieciom nieco radości i zobaczyć uśmiech na ich twarzach, zwłaszcza, że są to dla nich dni wolne od szkoły.


