Misje – dzieło wielu serc

Zanim podzielę się z Wami tym, co dzieje się obecnie na placówce misyjnej w Mansie w Zambii, chciałabym opowiedzieć o czymś, co zwykle pozostaje niewidoczne. O drodze, która prowadzi do wyjazdu na misje.

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, jak wyglądają przygotowania do wyjazdu misyjnego?

Każda organizacja ma własny sposób formowania swoich wolontariuszy. Rozmowy z osobami, które wyruszały na misyjny szlak w różnych wspólnotach, pokazują, jak różnorodne mogą być te drogi. Dziś chciałabym opowiedzieć o formacji w Salezjańskim Wolontariacie Misyjnym Młodzi Światu.

Wszystko zaczyna się od pragnienia

Jedno pozostaje niezmienne – wszystko zaczyna się od pragnienia złożonego w sercu. Być może zabrzmi to odrobinę patetycznie, ale właśnie tam rodzi się każda misyjna historia. Wszystkie kolejne decyzje są jedynie odpowiedzią na to ciche, osobiste zaproszenie.

Często żartuję, że ilu ludzi, tyle historii odkrywania swojego powołania i dróg prowadzących na misje. Jedni trafiają do naszej wolontariackiej rodziny z jasno określonym pragnieniem wyjazdu. Inni początkowo angażują się jedynie lokalnie, nie przypuszczając nawet, dokąd zaprowadzi ich ta droga. Czasem impulsem staje się rozmowa z przyjacielem, czasem spotkanie z misjonarzem, a innym razem świadectwo wolontariusza. Jednego jestem pewna – w takich historiach trudno mówić o przypadku. Jest za to niezwykle delikatne, ale wyraźne prowadzenie Boga.

Misje nie rozpoczynają się w chwili przekroczenia granicy ani wejścia na pokład samolotu. Zaczynają się znacznie wcześniej – w sercu człowieka. Są odpowiedzią na wezwanie, spotkaniem z drugim człowiekiem, przestrzenią nauki, wzajemnego ubogacania się i wspólnego budowania dobra.

Droga, która zmienia człowieka

Każda droga ma swoje etapy. Do wolontariatu trafiłam w 2016 roku i do dziś z ogromną wdzięcznością powtarzam, że był to niezwykle ważny czas – przestrzeń, która w dużej mierze mnie ukształtowała. Jedno świadectwo usłyszane podczas Niedzieli Misyjnej stało się początkiem zupełnie nowego rozdziału mojego życia.

Wolontariat nauczył mnie patrzeć na świat z szerszej perspektywy. Pokazał, że Kościół to nie tylko budynek lecz przede wszystkim ludzie – ich historie, wzajemna troska, gotowość do służby, drobne gesty i wspólnota, która rodzi się tam, gdzie człowiek otwiera się na drugiego człowieka.

Zrozumiałam również, że życie nie zaczyna się „kiedyś”. Toczy się tu i teraz – w naszej codzienności, pośród zwykłych obowiązków, rutyny i pozornie nieistotnych chwil. To właśnie w nich Bóg najczęściej przychodzi i zaprasza do działania.

Z biegiem czasu odkryłam też prawdę, którą wielu z nas zna, ale której niełatwo naprawdę uwierzyć: Pan Bóg nie powołuje uzdolnionych, lecz uzdalnia powołanych. Nie pyta o to, ile talentów posiadamy ani jak wiele braków sami w sobie dostrzegamy. Prosi jedynie o otwarte serce i gotowość, by Mu zaufać.

Chyba najtrudniej jest dostrzec własną wartość, przyjąć Bożą miłość i pozwolić, by On sam się nami zaopiekował. Zaufać wtedy, gdy nie znamy kolejnych kroków, i odważyć się pójść drogą, której jeszcze nie rozumiemy.

Piszę o tym nie bez powodu. Tegoroczne przygotowania do wyjazdu na placówkę misyjną w Zambii po raz kolejny przypomniały mi, że każdy cel ma swoją drogę. I to właśnie ta droga – pełna spotkań, wyzwań i codziennych małych kroków – najpiękniej kształtuje człowieka.

Formacja – szkoła wspólnoty

Wyjeżdżamy z miłości, a jednym z kluczowych słów staje się wspólnota.

Czas formacji w Salezjańskim Wolontariacie Misyjnym to przede wszystkim przestrzeń wzrostu, współtworzenia i uczenia się od siebie nawzajem. Każdy oddział daje możliwość stania się częścią wyjątkowej misyjnej rodziny. Można angażować się na wiele sposobów – organizując Niedziele Misyjne, prowadząc animacje dla dzieci i młodzieży, wspierając działania w mediach społecznościowych czy po prostu dzieląc się swoim czasem, talentami i uśmiechem.

Choć działamy w różnych miejscach Polski, regularnie spotykamy się podczas ogólnopolskich zjazdów. To właśnie tam rodzą się przyjaźnie, które często trwają przez wiele lat. Każde takie spotkanie jest okazją do zdobywania wiedzy od wolontariuszy powracających z misji, zadawania pytań, wymiany doświadczeń i wzajemnego inspirowania się.

Salezjańska radość nie jest jedynie pięknym hasłem. To coś, czego naprawdę się doświadcza. Trudno opisać ją słowami, ale bardzo łatwo rozpoznać po ludziach, którzy nią żyją.

Jeżeli w rozeznaniu dojrzewa decyzja o wyjeździe, przychodzi czas spotkań z koordynatorami – zarówno na szczeblu lokalnym, jak i centralnym. Choć może brzmieć to poważnie, w rzeczywistości są to rozmowy pełne życzliwości, troski i odpowiedzialności. Wszystkim zależy przede wszystkim na mądrym towarzyszeniu oraz wzajemnym wsparciu.

Misje są dziełem wielu serc

Po pozytywnym rozpatrzeniu zgłoszenia rozpoczyna się kolejny etap – dzielenie się misjami z innymi. To właśnie podczas Niedziel Misyjnych najmocniej doświadczam, że misje nigdy nie są dziełem jednej osoby. Rodzą się z otwartych serc wielu ludzi.

Niedziele Misyjne są czasem zapraszania innych do współtworzenia misyjnego dzieła. To przestrzeń świadectwa własnej drogi, opowiadania o misjach i wolontariacie oraz dzielenia się doświadczeniem, które przemienia serce. Każde spotkanie przypomina mi, że misje zaczynają się od relacji i spotkania z drugim człowiekiem i samym sobą.

Jednym z najbardziej wzruszających momentów jest chwila po zakończonej Eucharystii. Rozpoczynają się rozmowy, pojawiają się pytania, zapewnienia o modlitwie i zwyczajna, serdeczna obecność. Rodzice wręczają swoim dzieciom kilka monet lub banknot, aby mogły samodzielnie wesprzeć misje. Starsza pani ujmuje Cię za rękę, patrzy prosto w oczy i mówi: „Będę się za Ciebie modlić”. Ktoś inny opowiada o misjonarzu, którego zna od wielu lat. To drobne gesty, ale właśnie one najpiękniej pokazują, czym naprawdę jest Kościół.

Podczas przygotowań do wyjazdu miałam możliwość odwiedzić cztery parafie:

  • Parafię pw. Świętego Krzyża w Kobylnicy,
  • Parafię pw. Zwiastowania Pańskiego w Poznaniu,
  • Parafię pw. Chrystusa Odkupiciela w Poznaniu,
  • Parafię pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Łowyniu.

Każda z tych wspólnot przyjęła mnie z ogromną życzliwością i otwartym sercem. Jestem niezmiernie wdzięczna księżom oraz wszystkim parafianom za wspólnie spędzony czas, rozmowy, życzliwość, świadectwo wiary, za towarzyszenie mi na tej misyjnej drodze i tak naprawde wspólne podążanie tym misyjnym szlakiem. Dziękuję za każdą modlitwę, każde dobre słowo i każdy gest wsparcia.

Kościół jest wspólnotą ludzi idących razem. Nie wszyscy są powołani do wyjazdu na drugi koniec świata, ale każdy może stać się częścią misyjnego dzieła. Jedni wyjeżdżają, inni modlą się za misjonarzy, jeszcze inni wspierają ich materialnie lub po prostu niosą dobro tam, gdzie żyją na co dzień. Każda modlitwa, każda ofiara i każdy gest życzliwości mają swoją wartość i stają się realnym wsparciem dla misji.

W misjach nie ma widzów. Każdy może odnaleźć swoje miejsce i włączyć się w dzieło głoszenia Ewangelii na miarę własnych możliwości. To właśnie dlatego misje są dziełem całego Kościoła – wspólnoty ludzi, którzy, choć często dzielą ich tysiące kilometrów, idą w tym samym kierunku i niosą światu tę samą Dobrą Nowinę.

Czas przygotowań

Przygotowania do wyjazdu to również organizacja i logistyka : zbiórki środków na realizację wyjazdu, zakup materiałów edukacyjnych i wsparcie placówki. Dochodzą do tego przygotowania medyczne – obowiązkowe szczepienia, kompletowanie podróżnej apteczki i wszystkie formalności, o których na co dzień nawet się nie myśli.

Dziesięć lat temu, podczas rozesłania misyjnego, jeden z misjonarzy pracujących w Brazylii powiedział słowa, które zostały ze mną do dziś:

„Żeby wyjechać na misje, trzeba być Bożym szaleńcem.”

Im dłużej jestem w wolontariacie, tym bardziej rozumiem ich znaczenie. To szaleństwo nie jest lekkomyślnością. Jest odwagą przyjmowania miłości i dzielenia się nią, zaufania mocniej i pójścia tam, gdzie Bóg zaprasza.

Walizka pełna dobra

Pakowanie walizek to prawdziwe wyzwanie. Czasem przypomina pole minowe albo skomplikowaną grę strategiczną. Staramy się zabrać jak najwięcej rzeczy, które będą potrzebne na placówce, a których na miejscu może po prostu nie być.

Pokój wolontariusza wygląda wtedy jak centrum logistyczne. W jednym rogu leżą materiały medyczne, w drugim pomoce edukacyjne, obok rzeczy osobiste, prezenty i przesyłki do dostarczenia.

Nie od dziś wiadomo, że wolontariusz jest najlepszym kurierem. Do walizek trafiają obrazki religijne, okulary, produkty spożywcze, ornaty, drobne upominki od byłych wolontariuszy, a czasem… części do elektrowni. Tak, takie historie naprawdę się zdarzają.

Walizki są nieustannie przepakowywane, ważone i układane od nowa. Każdy gram ma znaczenie. Każdy centymetr przestrzeni jest na wagę złota.

Rozwijamy skrzydła do lotu

Kiedy bagaże są już zamknięte, rozpoczyna się kolejny etap.

Ciekawym doświadczeniem są spotkania na lotniskach. Nagle okazuje się, że tym samym samolotem lecą wolontariusze z różnych organizacji, zmierzający do tego samego kraju lub nawet do sąsiednich placówek. Takie spotkania wcale nie należą do rzadkości. Radość z podróży mnoży się wtedy w niezwykły sposób, a człowiek po raz kolejny przekonuje się, jak mały jest świat i jak wielkie jest misyjne serce Kościoła.

Niezależnie od tego, ile trwa podróż, ile przesiadek jest po drodze i jak bardzo daje się we znaki zmęczenie, moment dotarcia na placówkę jest zawsze taki sam.

Wdzięczność -Ekscytacja -Pokój

I ciche przekonanie, że jesteśmy częścią czegoś większego.

Misyjne przemiany

Formacja nigdy nie była jedynie przygotowaniem do wyjazdu. To zupełnie inny wymiar codzienności – taki, w którym człowiek odkrywa, że najpiękniejsze rzeczy rodzą się we wspólnocie, a zmęczenie bardzo często ustępuje miejsca radości płynącej z bycia dla innych.

Dziś wiem już, że misje nie zaczynają się na lotnisku i nie kończą wraz z powrotem do domu. Są stylem życia. Są gotowością, by każdego dnia wychodzić ku drugiemu człowiekowi z otwartym sercem.

Bo ostatecznie nie chodzi o liczbę przebytych kilometrów ani o odległość dzielącą nas od domu. Największa podróż dokonuje się we wnętrzu człowieka.

I jeśli choć jedno serce otworzy się dzięki temu na Boga, drugiego człowieka lub odważy się odpowiedzieć na własne powołanie, to znaczy, że ta droga naprawdę miała sens.

To właśnie jest piękno misji – nigdy nie zmieniają jedynie tych, do których jedziemy.

Najpierw i najmocniej przemieniają tych, którzy odważyli się powiedzieć Bogu: „Oto ja. Poślij mnie.”