Dzieci świat(ł)a. Z ulicy do bezpiecznej przystani w Don Bosco Fambul

Nie każde dziecko ma dom. Nie każdy ma kogoś, kto go szuka.

W stolicy Sierra Leone, we Freetown, mnóstwo dzieci żyje w dzielnicach nędzy. Ich codzienność to labirynty wąskich przejść, po których chodzą szczury, góry wyrzuconych przez ocean śmieci, widok ludzi otumanionych używkami, unoszący się w powietrzu zapach fekaliów.

Pozbawione dachu nad głową, dostępu do higieny, opieki zdrowotnej, edukacji i jakichkolwiek możliwości rozwoju zbierają puszki, żebrzą, handlują wodą i orzeszkami, podejmują drobne prace na straganach, albo decydują się na inne, ryzykowne strategie: kradną, dołączają do gangów, parają się prostytucją – wszystko po to, żeby przetrwać.

Jednak tam, gdzie jest ciemność, tam musi być też i światło – i to dosłownie. To właśnie nocą pracownicy społeczni Don Bosco Fambul wyruszają na ulice w poszukiwaniu opuszczonych dzieci i młodzieży. W świetle latarek odnajdują je – by dać im szansę na nowy początek.

W Don Bosco Fambul dzieci, które żyły na ulicy otrzymują schronienie, wyżywienie, edukację, opiekę zdrowotną, pomoc prawną i wsparcie psychiczne. Na terenie ośrodka działają 4 sheltery (*domy): Girls’ Shelter (dla dziewczynek, które doświadczyły wszelkich form przemocy), Girls’ Shelter Plus (dla nastolatek, które utrzymywały się z prostytucji), CCC (dla chłopców ulicy), Group Home (dla starszych chłopców w kryzysie bezdomności), a także szkoła, warsztaty zawodowe (warsztat automechaniki, spawania, krawiectwa, kosmetologii i fryzjerstwa, gastronomii), szpital i centrum terapii.

Gdy dowiedziałam się, że będę pracowała jako wolontariuszka wśród dzieci, które żyły na ulicy i doświadczyły wszelkich form przemocy, gdy usłyszałam historie niektórych z nich: 4 – letniego Mohameda, którego matka chciała sprzedać za 1 $ na narkotyki, albo Zainab, na którą matka wylała roztopiony plastik, przed moimi oczami stanął obraz dzieci psychicznie złamanych, skrajnie przestraszonych i nieufnych. Tymczasem, gdy przybyłam na placówkę, zaskoczyło mnie, jak naturalnie i zdrowo zachowują się te dzieciaki; jak szczerze potrafią śmiać się i cieszyć z najdrobniejszych rzeczy, jaką okazują otwartość. Jest to efekt pracy social workerów, nauczycieli, terapeutów i księży salezjanów, a także sposobu, w jaki prowadzona jest placówka. Każda sfera: zarówno fizyczna (schronienie, wyżywienie, opieka medyczna), psychiczna (centrum terapii), umysłowa (edukacja), emocjonalna (zabawa) i duchowa (modlitwa) zostaje zaopiekowana i połączona ze sobą w harmonii. Mam tutaj na myśli, że w Don Bosco Fambul podopieczni mają czas zarówno na naukę, jak i na zabawę, na pracę i odpoczynek, a także na modlitwę – w takich proporcjach, jakie są dla nich zdrowe.

Moim zadaniem na placówce było dokumentowanie codziennych aktywności dzieci i personelu. Pracowałam najpierw w terenie, gdzie robiłam zdjęcia i video, a następnie w studio, gdzie zgrywałam materiały i porządkowałam je w folderach. Mój dzień wyglądał tak, że po porannej modlitwie, śniadaniu i szkolnym apelu pakowałam aparat i szłam w teren – do szkoły, do jednego z warsztatów zawodowych albo do therapy centre. Początkowo uchwycenie naturalnych momentów było wyzwaniem, bo aparat był dla dzieci czymś nowym – ustawiały się w różne śmieszne pozy i wygłupiały przed kamerą. Jednak w miarę oswojenia się ze mną i ze sprzętem wracały do swojej codziennej rutyny. Dzięki temu łatwiej było mi uchwycić proste, naturalne sceny codzienności.

Gdy już zebrałam materiały, szłam do studia, żeby zgrać je i uporządkować. Gdy kończyłam, rozpoczynała się pora obiadowa. Po obiedzie piłam kawę, rozmawiałam z bliskimi i po prostu odpoczywałam, a później znowu szłam do studia, albo na różne zajęcia, żeby kontynuować kolekcjonowanie kadrów.

O godz. 17:00 rozpoczynało się oratorium – czyli czas wspólnej zabawy. Oprócz robienia zdjęć i video, organizowałam zajęcia animacyjne dla tych dzieci, które ze względu na różne kontuzje nie mogły grać razem z innymi w piłkę. Po raz kolejny doświadczyłam, jak niewiele potrzeba, żeby przeprowadzić dobrą zabawę. Czasami wystarczy zwykły sznurek (skakanie, limbo), kawałek ziemi i patyk (kółko i krzyżyk), albo po prostu dłonie (omse-madomse). Najważniejsze są otwartość i pomysłowość.

Wieczorem przychodził czas na wspólną modlitwę, najczęściej różańcową. W poniedziałki odmawialiśmy różaniec przy każdym z shelterów, we wtorki i w piątki przy grocie z figurą Świętej Rodziny, w środy, soboty i niedziele w kaplicy, a w czwartki adorowaliśmy Pana Jezusa w kościele. Za każdym razem na nowo zaskakiwało mnie i wzruszało, z jakim zaangażowaniem i wiarą dzieci i młodzież śpiewały pieśni maryjne oraz prowadziły modlitwy.

Kolejnym punktem dnia była kolacja – czas pobycia razem we wspólnocie. Po kolacji często jeszcze wracałam do studia, żeby zrobić miejsce nie tylko w aparacie, ale też w sobie. Spisywałam momenty, które nagromadziły się we mnie w ciągu dnia, zarówno te trudne, jak i te piękne chwile, spojrzenia, gesty, słowa, które w jakiś sposób mnie poruszyły: np. ten moment, gdy po szkolnym apelu podbiegła do mnie jakaś dziewczynka, chwyciła mój misyjny krzyżyk i przybliżyła mi go do ust, abym go pocałowała; albo pełne zaskoczenia i ulgi spojrzenie Ibrahima, gdy po tym, jak przepuściłam bramkę, obudziła się we mnie wewnętrzna 13-latka, która przecież kochała grać w piłkę nożną – przebiegłam całe boisko i strzeliłam gola wywołując radość nawet u chłopców z przeciwnej drużyny; albo gdy podczas wieczornej modlitwy przy grocie patrzyłam w księżyc, wsłuchiwałam się w śpiewane przez dzieci pieśni maryjne i czułam bliskość małej Kadiji, która zasnęła oparta o moje kolana; albo ten moment, gdy Jacob pobłogosławił mnie na dobranoc, kreśląc na czole znak krzyża…

Spisując te chwile, czułam w sercu wdzięczność i wzruszenie – bo po raz kolejny doświadczałam, że poprzez czyste spojrzenia dzieci, poprzez ich pełne prostoty i piękna gesty i słowa Bóg mówi, jak bardzo mnie kocha. Poruszało mnie również to, że rzeczywistość tych dzieci, to teraz: ciepła bułka i herbata, czysty mundurek, pięknie pomalowane klasy szkolne, zapach obiadu, kolorowe zabawki, uśmiechnięci dorośli, Jezus… Jezus, który szuka, Jezus, który odnajduje, Jezus, który niesie światło poprzez drugiego człowieka.

fot. Edyta Makar