Gdzieś w Zambii – placówka w Kazembe moimi oczami
„Nie wpatrujemy się w to, co widzialne, lecz w to, co niewidzialne; to bowiem, co widzialne, przemija,
2 Kor 4,18
to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie.”
Już od miesiąca jesteśmy częścią społeczności Kazembe, choć na początku wszystko wydawało mi się obce – inne widoki, smaki, zapachy, inne zwyczaje, ubrania, inni ludzie, domy i inne wyzwania, to powoli zaczynam rozumieć rytm życia w tej zambijskiej wiosce. Jeszcze niedawno obce twarze, które wydawały mi się zupełnie jednakowe, teraz witają mnie na ulicy z uśmiechem, a ja coraz częściej wiem z kim rozmawiam… choć z zapamiętaniem imion nadal mam pewne trudności.


Dom wolontariuszy stoi przy głównej ulicy naszej wioski, bardzo się cieszę, że mogę tu doświadczyć faktycznego mieszkania wśród ludzi, a nie jedynie bycia gościem w jakimś ośrodku, czy na parafii. Wierzę, że właśnie taka zwykła codzienność polegająca na przyziemnych pracach, troska o ogród (a właściwie pole kukurydzy :D), karmienie psa, pilnowanie, żeby zapalić światło na noc, zakupy na lokalnym markecie i wiele innych, powodują, że zbliżam się do mieszkańców, bo nie jestem jedynie gościem z Europy, który przyjechał ich oglądać, ale sąsiadką, która czasami pomaga, a czasami potrzebuje ich pomocy.
Bardzo lubię, kiedy po skończonym oratorium idziemy wszyscy „kuganda”, czyli do domu i dzieci pytają mnie czy możemy pójść razem, bo ich dom jest w tą samą stronę, co mój. Swoją drogą ostatnio bardzo często zastanawiam się od czego zależy to, że jakieś miejsce możemy nazywać domem. Czy chodzi o ludzi, których kochamy, czy o czas, który spędziliśmy w jakimś miejscu? Nie znalazłam jeszcze odpowiedzi na to pytanie, ale zdecydowanie mogę powiedzieć, że Kazembe i jego mieszkańcy zajęli ważne miejsce w moim sercu.


Nasza praca
Większość czasu spędzamy w oratorium, które jest miejscem modlitwy, nauki, zabawy, gdzie każdy może poczuć się bezpiecznie – jak w domu. Codziennie po obiedzie spotykamy się z dziećmi i młodzieżą, aby spędzić wspólnie czas w kreatywny i wartościowy sposób. Poza wolontariuszami i dziećmi można tu spotkać sporo animatorów, którzy są nieocenioną pomocą, a właściwie głównym filarem tego miejsca. Każdy animator odpowiada za jakiś element aktywności, który przygotowujemy dla dzieci – jedni prowadzą gry i zabawy, inni pomagają przy stanowisku artystycznym, jeszcze inni malują twarze, oczywiście mamy też animatorów odpowiadających za piłkę nożną, koszykówkę, siatkówkę, bilard i wiele innych.
Kiedy pierwszy raz miałam okazję zobaczyć jak świetnie zorganizowana jest tu praca, byłam pod dużym wrażeniem – atrakcji naprawdę nie brakuje i każdy znajdzie coś dla siebie. Czego brakuje? Myślę, że naszym podopiecznym najbardziej brak uwagi – każde dziecko zasługuje na to, by czuć się ważne, potrzebne i wartościowe. Niestety, nawet przy najlepszych chęciach nie jesteśmy w stanie obdarzyć uwagą wszystkich, bo codziennie jest tu ponad setka dzieci. Jednak za każdym razem, kiedy słyszę „Maria, look!” (*”Maria, spójrz!”) staram się zatrzymać na chwilę i docenić piękny rysunek, wysoką wierzę z klocków, czy daleki skok. Mam też ogromną radość, kiedy moja uważność na te małe dziecięce sukcesy owocuje szerokim uśmiechem i rozjaśnionym spojrzeniem.
„Bóg, jako jedyny, może zaspokoić najbardziej podstawową potrzebę twojego serca – potrzebę bycia kochanym bez względu na to kim jesteś, jaką wartość masz w swoich oczach i oczach innych.”
– ks. Franciszek Blachnicki
W oratorium nie brakuje modlitwy i pracy – dzieci uczą się odpowiedzialności za miejsce, w którym przebywają; przed każdym spotkaniem wspólnie sprzątamy, a zabawę zawsze kończymy wspólną modlitwą. Wieczorami przekształcamy oratorium w przestrzeń do nauki dla tych, którzy nie mają warunków lub niezbędnych materiałów w domu. Najczęściej z tej możliwości korzysta starsza młodzież i dorośli, którzy wypożyczają od nas książki i przygotowują się do testów, egzaminów, a czasem po prostu odrabiają lekcje. Bardzo mnie zdziwiło, że często osoby przychodzące na wieczorny czas nauki, mają do pokonania sporą odległość; niektórym droga w jedną stronę zajmuje prawie 40 min., więc samo dotarcie na miejsce trwa prawie tyle, co czas spędzony w oratorium.
Cała placówka i jej organizacja to zasługa Salezjanów, którzy wkładają mnóstwo pracy i serca w to, aby wszystko działało jak w dobrze naoliwionej maszynie, albo w doskonale wykonanej drewnianej szafie. Już od pierwszego dnia dało się wyczuć, że nic tu nie jest dziełem przypadku, lecz każdy szczegół został przemyślany. W krajach misyjnych rzadko się zdarza, żeby wszystko szło „zgodnie z planem”, ale tu wyraźnie widać, że plan został nakreślony, a cele sformułowane i nikt nie działa na oślep.
Szkoła stolarska
Szkoła stolarska to szansa dla młodych chłopaków na zdobycie solidnego fachu, który umożliwi im w przyszłości utrzymanie rodziny. To pomoc na zasadzie dawania wędki, a nie ryby; pokazania, że sami są w stanie przyczynić się do poprawienia swojej przyszłości. Takie wsparcie i zainspirowanie do działania, to nie tylko wyposażenie młodych ludzi w umiejętności, ale również w poczucie sprawczości i własnej wartości.
Wiele elementów wyposażenia kościoła, parafii i naszego domu to właśnie dzieło chłopaków ze szkoły wykonane pod czujnym okiem ich nauczycieli. W zeszłym tygodniu świętowaliśmy poświęcenie nowej kaplicy, w której ołtarz, ławki i inne drewniane elementy zostały wykonane przez uczniów naszej szkoły stolarskiej. Często mam okazję obserwować chłopaków przy pracy podczas naszych porannych odpowiedzialności, zazwyczaj związanych z malowaniem lub sprzątaniem różnych pomieszczeń. Zdarza się nam również pracować wspólnie.
Poza nauką i pracą, chłopcy mają też możliwość mieszkania w internacie i uczestniczenia w życiu parafii, dzięki temu poza poszerzeniem wiedzy technicznej, jest okazja do rozwoju duchowego w zgodzie z chrześcijańskimi wartościami.
„Geniuszem nie każdy może zostać, droga zaś do świętości
– o. Maksymilian Kolbe
wszystkim stoi otworem.”


Parafia
Msza Święta w Kazembe trwa znacznie dłużej niż w Polsce i najczęściej jest sprawowana w języku bemba. Różnica, która najbardziej mi się tu podoba, to fantastyczna oprawa muzyczna – wszyscy Afrykańczycy mają rozśpiewane i roztańczone dusze, więc nikogo nie powinno dziwić, że również w trakcie modlitwy będzie śpiewająco. Kilka chórów parafialnych; pieśni zawsze są śpiewane na głosy i trzeba przyznać, że pięknie ubogaca to Eucharystię.
Kobiety do kościoła przychodzą w tradycyjnym stroju – chitendze. Jest to kawałek materiału, który po przewiązaniu wokół talii tworzy coś w rodzaju spódnicy, która jest obowiązkowa podczas ważnych wydarzeń, takich jak np. wizyta u króla, a więc staje się oczywiste, że na niedzielną mszę, przychodząc do Chrystusa Króla, mieszkanki naszej wioski zakładają chitengę. Jedną z pierwszych rzeczy, o której powiedzieli mi animatorzy, kiedy spytałam o życie i zwyczaje w Zambii, było „Musisz sobie sprawić chitengę”. Dlatego również my, wolontariuszki, szanujemy lokalne tradycje i przychodzimy do kościoła ubrane zgodnie z zasadami. Na koniec każdej mszy klaszczemy 3 razy, co jak mi wyjaśnił nasz nauczyciel języka bemba, jest oznaką szacunku. Inna ciekawa rzecz, która początkowo mnie zaskoczyła, to składanie ofiar przez mieszkańców. Brak tu pana kościelnego, chodzącego między ławkami z tzw. tacą – w Kazembe to ludzie podchodzą złożyć swoje ofiary przed ołtarzem w tanecznym pochodzie (mogą to być pieniądze lub artykuły spożywcze).
W zeszłą niedzielę miałyśmy przyjemność pojechać na wioskę do kaplicy stacyjnej, gdzie przyglądałyśmy się jak wygląda Msza Święta w miejscu, gdzie nie ma księdza na stałe. Byłam zaskoczona ilością osób, które przyszły na Eucharystię oraz ich organizacją. Lokalny chór nie zawiódł naszych oczekiwań, a po mszy była okazja na bliższe poznanie parafian, którzy bardzo gościnnie nas przyjęli, byli otwarci na rozmowę, podzielili się swoimi trudnościami, opowiedzieli o lokalnej społeczności i poczęstowali obiadem. Na obiad była oczywiście nshima – gęsta papka z mąki kukurydzianej, stanowiąca podstawę prawie każdego posiłku do tego kurczak i warzywa. Miło było oglądać radość mieszkańców i ich zaangażowanie. Niesamowite jest to, jak jednocześnie różni i podobni do siebie jesteśmy. Zachęcam do modlitwy za misjonarzy, wolontariuszy i tych, do których Pan nas posyła.
„Radość jest modlitwą. Radość jest mocą. Radość jest miłością. Bóg kocha tego, kto daje z radością!„
– św. Matka Teresa

