Blaski i cienie Dhaki
Do Dhaki w Bangladeszu przybyliśmy na samym początku misji, bo właśnie tam ląduje większość międzynarodowych połączeń – w tym nasze. Jednak dopiero w ostatnich dniach naszego pobytu w „ojczyźnie tygrysa bengalskiego” mieliśmy okazję zobaczyć to miasto nieco bliżej. Dhaka jest niezwykle gęsto zabudowana, niesamowicie brudna i okrutnie zakorkowana. Na drogach liczy się wyłącznie czubek własnego nosa, a pasy czy przejścia dla pieszych… właściwie nikt nie wie, po co istnieją.

Salezjanie prowadzą tu parafię, szkołę podstawową, internat dla chłopców oraz pokoje dla aspirantów –studentów. W Bangladeszu, chrześcijańska teologia nie jest uznawana za kierunek akademicki, więc wszyscy przyszli Salezjanie muszą najpierw ukończyć studia świeckie. Lekcje odbywają się obecnie w garażu, ponieważ właściwy budynek szkoły dopiero powstaje. Dzieci, mimo trudnych warunków nauki i często jeszcze trudniejszych warunków życia, są pełne energii i nie wahają się złapać wolontariusza za koszulkę, by ten wziął je na barana.

Do stolicy przyjechaliśmy po niemal dwóch miesiącach pobytu w innej placówce Salezjańskiej w
Birisiri, na północy kraju, przy granicy z Indiami. Tam zajmowaliśmy się nauczaniem w szkole.
Tutaj natomiast byliśmy bardziej w odwiedziny, bez jednego konkretnego zadania do
wykonania. Jednego dnia byliśmy na rejsie statkiem po rzece, innego dnia byliśmy odwiedzić
Misjonarkę Miłości z Polski, jeszcze innego dnia szukaliśmy rzeczy do sklepiku misyjnego. Nie
przeszkodziło to nam jednak w spędzaniu czasu z dzieciakami uczącymi się w tutejszej szkole
podstawowej gdy ci skończyli już lekcje. Właśnie przy zabawie z nimi zrozumiałem jak niewiele
potrzeba, aby dać młodym ludziom radość. Najzwyklejsza gra w berka zapełniała ich twarze
uśmiechem od ucha do ucha.

W Dhace spędziliśmy zaledwie kilka dni, dlatego niemożliwe było poznanie, tej liczącej aż 36 milionów mieszkańców metropolii, w satysfakcjonującym stopniu. Zdołaliśmy jednak zauważyć tempo, w jakim żyje to miasto (i nie chodzi tu o średnią prędkość poruszania się pojazdów). Każdemu się spieszy, przepisy ruchu drogowego praktycznie nie istnieją, przez co często dochodzi do kolizji, a za nimi idą kłótnie i bójki. Klakson jest używany bez przerwy przez każdego, co sprawia, że nad miastem unosi się nieustanny hałas.
Warto też zwrócić uwagę na to, jakie pojazdy generują ten dźwięk. Samochodów osobowych w naszym rozumieniu jest niewiele i mogą sobie na nie pozwolić tylko najbogatsi. Standardem jest riksza — napędzana siłą mięśni, energią elektryczną lub paliwem, w zależności od majętności właściciela. A skoro o paliwie mowa, trzeba też wspomnieć o wszechobecnym zanieczyszczeniu. Powietrze ma intensywny zapach, a kosze na śmieci właściwie nie istnieją. Wszystko — od papierka po cukierku po części przemysłowe — wyrzuca się tam, gdzie akurat przestaje być potrzebne, najczęściej na ulicę.


Tym jednak, co naprawdę definiuje ten kraj, są ludzie. Często porywczy, z zasady patrzący na obcokrajowca z nieufnością, ale zdarza się też, że sami zagadują i pytają o kraj pochodzenia (choć przywoływanie Lewandowskiego wcale nie pomaga). Misja ta uświadomiła mi, jak wiele rzeczy, które w świecie rozwiniętym uważamy za oczywiste, wcale takimi nie są. Czysta woda w kranie i w rzece, kosze na śmieci, ryż jedzony co najwyżej raz dziennie — a nie w każdym posiłku — czy mimo wszystko zorganizowany ruch drogowy to luksusy, które zaczynamy doceniać dopiero wtedy, gdy choć na chwilę opuścimy naszą bezpieczną bańkę.
