Z pamiętnika pielęgniarki na misji w Sierra Leone

Dzień w Don Bosco Hospital zaczyna się spokojnie. Dzieci przychodzą kolejno z shelterów ze swoimi opiekunami/ pracownikami socjalnymi. Najpierw kontynuacja leczenia – pacjenci dostają leki przepisane wcześniej. Głównie antybiotyki i leki przeciwbólowe. Przychodzą też nowe przypadki. Najczęściej to malaria, dur brzuszny, infekcje górnych dróg oddechowych, zmiany grzybicze na skórze, itp.. Diagnoza, lekarstwa – „następny!”

Oczywiście wszystko musi się zgadzać w zeszycie, w którym ręcznie spisywane są dzieci przyjęte do szpitala. Każde z nich ma również swoja dokumentację medyczną. Zazwyczaj nie ma lekarza. Pacjentami zajmują się pielęgniarki, które są świetnie zorientowane w leczeniu tutejszych schorzeń. Trudniejsze przypadki konsultowane są przez telefon z lekarzem. Jeśli zachodzi taka potrzeba, pacjenci transportowani są do szpitala w stolicy Freetown lub innym mieście, tak jak w przypadku chłopca z niedokrwistością, dziewczynki w ciąży z podejrzeniem zapalenia wyrostka robaczkowego, czy chłopca z przepukliną pachwinową. Podobnie jeśli konieczne jest wykonanie badań obrazowych, takich jak RTG, USG, czy przeprowadzenie konsultacji ze specjalistą, zwłaszcza konsultacji ginekologicznej, gdyż obecnie mamy kilka wychowanek oczekujących narodzin dziecka. Don Bosco Hospital funkcjonuje jako przychodnia, która ma pod opieką wszystkich podopiecznych ośrodka oraz niektórych ludzi mieszkających w pobliżu. Jest też kilka miejsc leżących dla tych, którzy potrzebują doraźnej pomocy. W ciągu dnia dzieci przychodzą z różnymi dolegliwościami, często kontuzjami, do których dochodzi podczas zabawy. Znajduje się tu również gabinet dentystyczny, obecnie nieczynny, z powodu braku stomatologa. Szpital posiada swoje laboratorium, w którym można wykonać podstawowe testy z krwi. Każde przyjęte dziecko przechodzi komplet badań. Często są to dzieciaki z ulicy, ofiary przemocy, także seksualnej, więc sprawdzenie chorób zakaźnych jest szczególnie ważne. Jest tu także apteka, która musze przyznać jest bardzo dobrze wyposażona. Tylko czasem z opakowania leków wyłoni się stado mrówek, ale to szczegół… Kwestie czystości, stosowania zasad aseptyki i antyseptyki również pominę, nie będę przecież bawić się w kontrolę epidemiologiczną. Trzeba po prostu się do tego przyzwyczaić. Są dostępne dozowniki z dezynfekcją, ale nie każdy ich używa. Bycie tutaj uczy mnie pokory. Kim ja jestem żeby oceniać czyjąś pracę w warunkach w których żyje, nawet jeśli dla mnie osobiście są one ekstremalne? Jestem pewna, że zespół wykonuje swoją pracę najlepiej jak tylko potrafi. Mogę jedynie próbować edukować, mówić jak to się robi według europejskich standardów, ale myślę, że i tak tego nie zmienię. Jestem pod wrażeniem tego jak funkcjonuje ta placówka, pomimo skromnych możliwości i rzeczywistości tam panującej. Dzieci mają zapewnioną opiekę medyczną i mogą liczyć na pomoc 24 h na dobę. Urzeka mnie to jak podopieczni zwracają się do pielęgniarek ,,auntie nurse”. Zazwyczaj znają się po imieniu i traktują jak członków jednej wielkiej rodziny, jaką jest Don Bosco Fambul. A są to przecież nierzadko dzieci z bardzo trudnymi, nawet przerażającymi historiami. Dziewczynki wykorzystywane seksualnie, często przez członków swojej rodziny lub sąsiadów, ofiary przemocy domowej, dzieci wychowujące się na ulicy, niejednokrotnie z problemem uzależnienia od substancji odurzających. W tak młodym wieku borykają się z ogromnymi problemami i traumami. Potrzebują wyjątkowo dużej dawki empatii i ciepła.

Pewnego dnia pojechałam z dwójką chłopców do miasteczka Waterloo do tamtejszego szpitala wspieranego przez Caritas. Do Christ the King Children’s Hospital przyjeżdżają lekarze z Hiszpanii, żeby przeprowadzać zabiegi operacyjne. Musze znowu przyznać, że wszystko wygląda dość profesjonalnie i jest dobrze zorganizowane. Oczywiście jak na afrykańskie warunki. Sala wybudzeń i jednocześnie miejsce, gdzie pacjenci są przygotowywani do operacji, mieści 8 łóżek. Sporo personelu medycznego, w tym tutejsi lekarze i pielęgniarze oraz praktykantki pierwszego roku pielęgniarstwa (ubrane w urocze uniformy), z którymi miałam okazję zrobić pamiątkowe zdjęcie. Zabieg pierwszego chłopca przebiegł sprawnie, bez komplikacji. Drugi chłopiec jest również w dobrym stanie po pomyślnie przeprowadzonym zabiegu. Opiekunowie dzieci mają możliwość zostać z nimi na noc. Niestety nie ma tutaj zapewnionych posiłków, więc zaopatrzyliśmy chłopców w jedzenie i picie. Następnie zostali wypisani ze szpitala i będą wracać do formy już w DBF pod nasza opieka.

Są takie historie, które głęboko zapadają w pamięć. Pewnego dnia do kliniki przyszły trzy kobiety z wioski, każda z nich na plecach miała dziecko. Nic dziwnego, tak kobiety w Afryce noszą maluchy. Jednak moją uwagę przykuł fakt, że jedno z nich wydawało się być większe niż pozostałe i całkowicie przykryte było chusta. Później okazało się, że to około 3 letni chłopiec z ogromnymi guzem gałki ocznej. Widok straszny, dziecko musiało bardzo cierpieć. Oko było w fatalnym stanie, w zasadzie należałoby je usunąć. Z rozmowy z matką dowiedzieliśmy się, że zaczęło się niewinnie od zaczerwienia, na co stosowała krople z apteki, które niestety nie przyniosły poprawy. Później, gdy stan zapalny powiększył się, skorzystali z pomocy lokalnego znachora i leczenia ziołami. Kobiety nie stać było na szpital, zwłaszcza, że w międzyczasie zmarł jej mąż i została sama z piątką dzieci. Wiedziałam, że w naszej placówce nie jesteśmy w stanie nic zrobić, niemniej jednak chcieliśmy bardzo pomóc temu chłopcu. Dotarło do mnie, że jeśli czegoś nie zrobimy, prawdopodobnie wrócą z niczym do domu, a dziecko w najbliższym czasie może umrzeć. Zrozumiałam wtedy, że problemem jest nie tylko dostęp do opieki medycznej, trudności w dotarciu do najbliższego szpitala, czy brak środków na leczenie. Chodzi tutaj o świadomość ludzi i wiedzę na temat konsekwencji nieleczenia chorób. Dużą rolę odgrywa także kwestia przyzwyczajeń kulturowych i mentalności społeczeństwa. Dzięki pomocy i zaangażowaniu pracowników szpitala chłopiec został umówiony na konsultacje z pediatrą, a następnie zakwalifikowany do chemioterapii. Nie wiem jak potoczą się dalej jego losy… Wiem natomiast, że chce zapamiętać jego pogodny wyraz twarzy, pomimo wielkiego cierpienia, które widziałam w jego oczach.

Odejdę trochę od tematów medycznych, w końcu nie sama praca człowiek żyje. Popołudniami razem z moją współwolontariuszką Martą zajmowałyśmy się malowaniem ścian w klasach w tutejszej szkole Don Bosco Primary School. Dostałyśmy za zadanie udekorować ściany ilustracjami i grafikami, które będą pomocne w nauce, a przy okazji sprawią, że będzie ona przyjemniejsza. Starałyśmy się zamienić białe, miejscami podkreślone ołówkiem ściany w kolorowe malowidła, ułatwiające przyswajanie wiedzy przez dzieci. Mam duża nadzieję, że nasza praca sprawi dzieciakom radość. Sądząc po reakcji miejscowych dzieci, które przybiegały z wioski przyglądać się naszym procesom twórczym, uczniowie również będą zadowoleni. Mogłyśmy wykazać się kreatywnością i pomysłowością w tworzeniu malunków, ograniczała nas tylko nasza wyobraźnia. Tutejsze dzieci z zaciekawieniem obserwowały nas, gdy podczas malowania śpiewałyśmy największe polskie hity listy przebojów. Dodam, że przy okazji my też miałyśmy z tego niezłą frajdę. Tak mijały popołudnia, aż do oratorium, w którym starałyśmy się uczestniczyć. Jest to czas zabawy i integracji dzieci, czas nawiązywania przyjaźni podczas gry, tańca i odpoczynku na świeżym powietrzu.

Zdecydowanie najpiękniejszym momentem dnia jest wieczorna modlitwa z dziećmi; w październiku jest to codzienny różaniec przy grocie Matki Bożej. Nie znajdę słów, żeby opisać atmosferę jaka panuje podczas tych spotkań po zmroku. Przyjemny wietrzyk, przynoszący orzeźwienie po upalnym dniu i jeszcze bardziej pokrzepiający duszę, dziecięcy śpiew rozlegający się w świetle księżyca. Dzieci, zarówno starsze jak i młodsze, śpiewają głośno pieśni maryjne, z właściwą sobie ekspresją, mimo późnej pory. Lubię wtedy patrzeć na bezchmurne niebo pełne gwiazd. Dzieciaki oczywiście wskakują nam na kolana i przytulone przekładają koraliki różańca, wypowiadając słowa modlitwy. Nierzadko usypiają w naszych objęciach i nie wytrzymują do ostatniej dziesiątki. Wzruszam się wtedy i myślę sobie: ,,Boże, dla takich momentów tu jestem”. To piękne, jak modlitwa do Mamy, niczym kołysanka, sprawia, że dzieci czują się bezpieczne i kochane. Jestem bardzo wdzięczna za takie zakończenie dnia. Myślę wtedy o tym co musiały przeżyć zanim tu trafiły i zastanawiam się czy będą miały kogoś, kto zatroszczy się o nie po wyjściu z DBF. Niektóre z nich nie mają do kogo wrócić i muszą zacząć wszystko od nowa. Na te bardziej szczęśliwe czeka bliższa lub dalsza rodzina. Są też takie, które czekają na adopcję. Człowiek zaczyna doceniać w takich chwilach to co ma, swoje dotychczasowe życie i to że było mu dane urodzić się w dobrze rozwiniętym europejskim kraju. Pojawia się też coraz większa wdzięczność za najdrobniejsze rzeczy, takie jak obecność drugiego człowieka, dobre słowo, uśmiech, uścisk… Wszystkie mało istotne szczegóły momentalnie przestają mieć znaczenie. Generalnie jestem przekonana, że zdecydowanie więcej otrzymuje w trakcie pobytu na misji w Sierra Leone, niż daje od siebie. Oczywiście, staram się dawać ludziom tyle ile jestem w stanie, ale o wiele więcej dobra dostaje. Czasem nawet myślę, że to trochę egoistyczne, przecież to ja jestem tu od pomagania, a nie od czerpania korzyści…! A może wręcz przeciwnie, potrzebuje uznać, że jestem tutaj też po to, żeby uczyć się od tutejszych ludzi innego życia? Może to ,,transakcja wymienna,,. Ja dziele się tym, co mam i umiem, poświęcam swój czas i uwagę, a w zamian dostaje dużo ciepła i cennych lekcji. Zdecydowanie nigdy nie chciałabym zapomnieć tych wszystkich uśmiechów, które mają w sobie coś wyjątkowego. Jest w nich taki ogrom radości, że nie sposób nie zarazić się i nie odwzajemnić ciepłym spojrzeniem. To chyba coś co najbardziej zostanie w moim sercu. Głęboko wierzę, że tak będzie.