Pozdrowienia z Monte Salvado
Cześć, jesteśmy Asia, Łukasz, Gabi, Tadzio i Lilka – i już od miesiąca przebywamy na wolontariacie misyjnym w Peru. Mieszkamy w internacie dla dziewczynek, w małej miejscowości o nazwie Quebrada Honda w prowincji Cusco. Miejscowość jest usytuowana w jednym z licznych wąwozów występujących w tym regionie, otoczona wysokimi górami, dołem wąwozu płynie rwąca rzeka, która ostatecznie jest jednym z dopływów Amazonki, a od najbliższego dużego miasta, czyli Cusco, dzieli nas ponad 5 godzin jazdy krętymi górskimi drogami. W tej trudno dostępnej, ale bardzo malowniczej krainie mieści się jedna z większych placówek salezjańskich w Peru – Monte Salvado, w której Salezjanie prowadzą internat, szkołę ponadpodstawową dla około 200 uczniów, oraz bogate zaplecze gospodarcze, plantację pomarańczy, kawy i innych owoców tropikalnych, hodowlę zwierząt takich jak krowy, świnie, kury, króliki i świnki morskie (lokalny przysmak), oraz liczne warsztaty m.in. przetwórstwa owoców, miodu, kakao i kawy, warsztat stolarski, mają też piece do pieczenia chleba itd. Cała placówka jest jednym wielkim współgrającym organizmem, w dodatku mocno połączonym z naturą, np. woda z gór służy nie tylko do picia i nawadniania plantacji, ale także do wytwarzania prądu na potrzeby całego kompleksu. Najważniejszą częścią całego tego dzieła jest placówka wychowawcza dla młodzieży, a raczej jej dwie części, mające za patronów dwójkę młodych świętych salezjańskich: dom dla chłopców im. Miguela Magone, znajdujący się przy szkole, oraz dom dla dziewczynek im. Laury Vicuńa (w którym mieszkamy, znajdujący się w centrum wioski Quebrada, w odległości 10 minut drogi od Monte Salvado). W każdym z tych miejsc mieszka około 65 wychowanków, którzy są nie tylko uczniami tutejszej szkoły, ale biorą udział niemal w każdym aspekcie funkcjonowania całej placówki, i są jej integralnym i najważniejszym elementem. Nad całym przedsięwzięciem czuwa wspólnota 5 salezjanów, kilku wychowawców, oraz kilkunastu nauczycieli i pracowników gospodarczych.


to obiekty placówki salezjańskiej
Tyle słowem wstępu, ale co my tak w ogóle tutaj robimy?
Naszym pragnieniem i misją, z którą tu przyjechaliśmy jest towarzyszenie, bycie takim starszym rodzeństwem dla młodych, chcemy też pokazać im, że rodzina to miłość i wsparcie (duża część naszych podopiecznych ma skomplikowane sytuacje rodzinne), jesteśmy tu też, bo chcemy zawierzyć plany naszej rodziny Panu Bogu. Oczywiście…łatwo to wszystko powiedzieć, ale już ciężej wcielić w życie. W pierwszych dniach raczej obserwowaliśmy jak wygląda życie placówki, schemat dnia, otoczenie, gdzie moglibyśmy coś wnieść i jaką drogą nawiązać kontakt z podopiecznymi. Nie było dużym zaskoczeniem, że jako pierwsze kontakt z młodzieżą złapały nasze dzieciaki, dziewczynki od razu oszalały na ich punkcie, w każdej możliwej chwili chciały się z nimi bawić, wręcz wyrywały sobie ich z rąk. :) Nasze maluchy na początku były dość nieśmiałe, zwłaszcza, że nie rozumiały za wiele z tego co dziewczynki do nich mówiły. Teraz, po miesiącu pobytu, maluchy już bez oporów gonią za dziewczynami po całym domu, niepewnie czuje się tylko najmłodsza Lilka i stara się przebywać przy rodzicach.





i rośliny
(Łukasz): Jako, że mieszkamy w domu dla dziewczynek, w którym przebywają same kobiety, od razu miałem sporo przestrzeni do wykazania się: naprawianie drobnych usterek, naoliwianie skrzypiących drzwi, uporządkowanie obejścia, ogrodu, pozbycie się śmieci dużego gabarytu i różnego rodzaju materiałów budowlanych. Była to bardzo dobra okazja do natychmiastowego przejścia do działania, ale też dość spore wyzwanie, ponieważ niektóre prace, które przeciętnemu fachowcowi zajęłyby chwilę, mnie zajmowały pół dnia zanim ogarnąłem jak je zrobić i zanim zebrałem odpowiedni sprzęt. Po prawie 2 tygodniach zabawy w „złotą rączkę” zacząłem jeździć do Monte Salvado, gdzie od rana do popołudnia pomagam w zarządzaniu zapasami, sklepikiem i spędzam czas z wychowankami w czasie zajęć sportowych i różnego rodzaju prac fizycznych. Na początku miałem trochę obaw związanych z pracą z chłopcami, bałem się że będę musiał za nimi gonić, przekonywać, nawoływać itp., ale już pierwsze doświadczenia były dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem; kiedy jest coś do zrobienia, to chłopcy wchodzą jak tornado, w mgnieniu oka potrafią załadować całą ciężarówkę gabarytów, wymalować magazyn, czy zrobić generalne porządki, gdziekolwiek ich się pośle z tym zadaniem, zużywając przy okazji hektolitry wody, i urządzając różnego rodzaju zabawy – jak konkurs skoków wzwyż na starych materacach, albo malowanie się wzajemnie farbą. Praca z tymi chłopakami to przyjemność, a przy okazji też szansa na rozmowy, żarty, poznanie ich historii i przełamanie pierwszych lodów.


którymi się opiekują

Kiedy ja jestem w Monte Salvado, a dziewczynki z naszego domu w szkole, Asia z dzieciakami mają rodzinny czas w Quebradzie, dokarmiają zwierzaki, bawią się i pracują. Po południu, po moim powrocie, przejmuje opiekę nad naszymi dzieciakami, a Asia podejmuje zadania wychowawcy, sprząta razem z dziewczynami w czasie „Oficio” (czyli codziennych obowiązków domowych), potem mamy sport „Deporte”, prysznic „Ducha” i naukę, czyli „Estudio” z przerwą na modlitwę wieczorną, słówko na dobranoc i kolację. Asia odpowiada za klasę 4 i 5 w czasie nauki, to najstarsze dziewczyny, więc większość zadań wykonują samodzielnie. Nie zawsze są skore do nauki, czasem przychodzą z jakimś cięższym zadaniem, na które trudno jest od razu odpowiedzieć. Asia już nie raz musiała sama siadać do podręcznika z matematyki, albo fizyki, żeby najpierw przypomnieć sobie o co chodzi, a następnie wytłumaczyć to dziewczynom i porobić z nimi zadania. Jednak za każdym razem, kiedy się to uda, daje jej to dużo szczęścia i satysfakcji. Czasem dziewczyny otwierają się i pytają jak się poznaliśmy, skąd Asia wiedziała, że Łukasz to ten jedyny, czym jest miłość i czy mężczyźni w Polsce są dobrzy i wierni :).


Najlepsze są weekendy, kiedy to wszyscy razem zostajemy z dziewczynkami, pracujemy, mamy warsztaty, Mszę Świętą, bawimy się i po prostu spędzamy wspólnie czas. Luźne aktywności, to tak naprawdę najlepszy moment na poznanie się, rozmowy, i po prostu bycie razem. Nawet kiedy gdzieś wychodzimy sami, to jeśli tylko jest na to szansa, staramy się zabrać ze sobą którąś z wychowanek.




Czasem zdarza nam się uczucie przytłoczenia tym wszystkim co się wokół nas dzieje, chcielibyśmy dać z siebie więcej, albo w jakiś sposób zmienić to, co naszym zdaniem nie działa tak jak powinno, albo mogłoby działać lepiej, ale może to też jest dobre i potrzebne, żeby uświadamiać sobie nasze własne ograniczenia i uczyć się akceptować to na co nie mamy wpływu i to, że nasza wizja nie zawsze jest dobra i adekwatna do realiów. Zwykle, kiedy próbujemy realizować jakieś wielkie przedsięwzięcie, a przynajmniej takie, które nam się wydają wielkie i potrzebne, to zderzamy się z murem rzeczywistości i kończymy sfrustrowani, natomiast kiedy uda nam się zrobić jakąś małą przysługę dla któregoś z wychowanków, np. zacerować spodnie, przywieźć do szkoły zapomnianą piłkę, poduczyć grać w siatkę chłopca, z którego wszyscy się śmieją, powiedzieć jakiś komplement, który wywoła uśmiech na twarzy, to właśnie wtedy czujemy dużo radości i spełnienia. Ostatecznie staramy się powierzać to wszystko Bogu i prosić Go o to, żeby nami kierował i pokazywał nam drogę, niekoniecznie taką, która realizuje nasze ambicje, ale bardziej taką, która realizuje nasze powołanie. Asia przeczytała kilka dni temu, a potem tego samego dnia usłyszała to samo na Mszy, że powołanie to „bieżąca konieczność”. Po prostu rób to, co dzisiaj masz zrobić, tego się trzymamy! :)
Ściskamy Was wszystkich ciepło i dziękujemy za modlitwę.
Asia, Łukasz i dzieciaki.