O dostrzeganiu tego, co niewidoczne na pierwszy rzut oka
Zawsze lubiłam bawić się mediami. Robić zdjęcia, nagrywać filmiki, łapać chwile, które w jakiś sposób przykuwały moją uwagę. Nigdy nie uważałam, że jestem w tym szczególnie dobra. Po prostu sprawiało mi to radość. Trochę jak z tańcem. Nie musisz przecież umieć wszystkich kroków, żeby tańczyć. Czasem wystarczy, że usłyszysz muzykę i po prostu pozwolisz się jej poprowadzić. I chyba podobnie było ze mną i aparatem. Nie potrzebowałam być profesjonalistką, żeby cieszyć się samym tworzeniem.

Kiedy więc dostałam możliwość zajęcia się mediami na placówce, poczułam ogromną ekscytację. Możliwość wzięcia do ręki aparatu z myślą, że będę mogła zatrzymywać nasze codzienne chwile, była dla mnie czymś naprawdę wyjątkowym. Wewnętrznie ucieszyłam się jak dziecko, które właśnie dostało nową zabawkę. Z czasem zaczęłam jednak odkrywać, że to coś znacznie więcej niż tylko przyjemność robienia zdjęć.

Bo fotografia uczy mnie patrzeć. Zatrzymać się na chwilę. Zauważyć uśmiech, którego ktoś może nawet nie być świadomy. Dostrzec piękno w zwyczajnym krajobrazie, w spojrzeniu drugiego człowieka, w zwierzęciu spotkanym gdzieś po drodze. Zobaczyć coś, obok czego być może przeszłabym bez zastanowienia, gdybym nie miała aparatu w ręku. I właśnie w tym wszystkim coraz częściej spotykam Pana Boga. Czasami mam wrażenie, że przez fotografię uczy mnie On dostrzegać więcej. Nie tylko to, co widać na zdjęciu, ale też to, co kryje się głębiej. Przypomina mi, że piękno nie zawsze znajduje się w wielkich wydarzeniach i wyjątkowych momentach. Często jest tuż obok. W codzienności, w drugim człowieku, w drobiazgach, które łatwo
przeoczyć.

A kiedy jest mi trochę ciężej, kiedy potrzebuję odetchnąć albo poukładać sobie coś w głowie, czasem wystarczy, że wyjdę z domu z aparatem. Idę przed siebie, patrzę na świat i szukam tego, co przyciągnie mój wzrok. Twarze mijanych ludzi, zwierzęta, drzewa, światło padające na ulicę, niebo, które akurat tego dnia wygląda inaczej niż zwykle. I nagle okazuje się, że nawet zwyczajny spacer może stać się czymś więcej. Małą przestrzenią na oddech, wdzięczność i spotkanie z Bogiem. Nie zawsze potrzebuję wtedy wielkich słów ani gotowych odpowiedzi. Czasem wystarczy po prostu być, patrzeć i cieszyć się tym, co zostało mi dane. Myślę, że to jeden z piękniejszych darów, jakie odkrywam w tej pasji: możliwość dostrzegania Jego obecności w rzeczach, które na pierwszy rzut oka wydają się zupełnie zwyczajne.


Jestem też ogromnie wdzięczna za to, że mogę rozwijać tę część siebie we wspólnocie. Za zaufanie, wsparcie i możliwości, które otrzymuję. Za to, że ktoś dostrzega we mnie potencjał, którego sama nie zawsze jestem świadoma, i daje mi przestrzeń, żeby sprawdzać, uczyć się i odkrywać nowe rzeczy. To dla mnie wielki przywilej. Nie tylko dlatego, że mogę robić coś, co sprawia mi radość, ale przede wszystkim dlatego, że mogę wykorzystywać to w czymś większym niż ja sama. Że moje zainteresowania mogą stać się sposobem służby, dzielenia się dobrem i pokazywania innym choć odrobiny piękna, które sama dostrzegam.

I chyba właśnie dzięki temu czuję się w tym wszystkim tak bardzo spełniona. Bo to, co kiedyś było po prostu moim małym zainteresowaniem, dziś staje się przestrzenią rozwoju, odkrywania siebie i pogłębiania relacji z Panem Bogiem.

Chciałabym, żeby moje zdjęcia były czymś więcej niż ładnymi kadrami. Żeby przypominały, że warto się zatrzymać. Że za każdym uśmiechem, każdym spotkaniem i każdym kawałkiem piękna kryje się coś, za co można podziękować. I że Pan Bóg nie zawsze przemawia do nas w sposób, którego się spodziewamy. Czasem robi to właśnie przez to, co kochamy robić.

Może więc fotografia nie jest tylko sposobem na zatrzymywanie chwil. Może jest też sposobem, w jaki uczę się je przeżywać. Uważniej, pełniej, z większą wdzięcznością. Bo choć chwile mijają, a świat nieustannie się zmienia, ja mogę każdego dnia na nowo odkrywać, jak wiele dobra i piękna jest wokół mnie.


I jak wiele z tego prowadzi mnie do Niego.

