8 tygodni w Awassie — małe kroki, wielka miłość
„Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami — mówi Pan.”
Iz 55,8
Minęło już 8 tygodni, odkąd wraz z moim bratem przyjechaliśmy do Awassy w Etiopii, aby pracować w ośrodku dla dzieci ulicy Barkot.
Dziś, kiedy patrzę na ten czas z perspektywy minionych tygodni, widzę, jak bardzo Bóg zmienił moje spojrzenie. Nie tylko na misję, ale również na siebie, na drugiego człowieka i na to, czym tak naprawdę jest pomaganie.
Pierwsze zderzenie z rzeczywistością
Pamiętam moje pierwsze dni w Awassie. Zderzenie z rzeczywistością było bardzo trudne. Zobaczenie warunków, w jakich żyją ludzie, doświadczenie ich na własnej skórze, uświadomienie sobie, że dla wielu dzieci jest to codzienność — wywołało we mnie ogromne emocje.
Był płacz. Był smutek. Były pytania: „Dlaczego?”
I gdzieś pomiędzy tymi pytaniami pojawiło się kolejne, bardzo osobiste:
Co ja właściwie tutaj robię?
Przyjechałam z pragnieniem, żeby pomagać. Chciałam dać coś od siebie, zrobić coś dobrego. Ale początkowo ogrom tego, czego doświadczałam, sprawiał, że czułam się bezradna. Dziś wiem, że właśnie wtedy Bóg zaczął uczyć mnie jednej z najważniejszych rzeczy.

Nie muszę zmieniać całego świata
W miarę poznawania dzieci i upływu czasu moje podejście zaczęło się zmieniać.
Zrozumiałam, że nie jestem tutaj po to, aby w kilka tygodni naprawić wszystko, co trudne. Nie jestem tutaj po to, aby zmienić całe ich życie.
Jestem tutaj, aby towarzyszyć im w ICH codzienności.
A to oznacza znacznie więcej, niż początkowo potrafiłam dostrzec.
Jestem tutaj, aby poznawać ich kulturę. Aby spędzać z nimi czas. Aby słuchać. Aby się uczyć. Aby dać im uwagę, której tak często brakuje. Bo czasami pomoc nie wygląda jak wielkie dzieło.
Czasami wygląda jak wspólna zabawa. Jak uśmiech. Jak złapanie za rękę. Jak poświęcenie komuś kilku minut więcej. Jak bycie z dzieckiem, które chce po prostu, żeby ktoś je zauważył.
I właśnie w tych małych rzeczach zaczęłam dostrzegać ogromną wartość misji.
Małe kroki, wielka radość
Nasz wakacyjny program obejmował głównie lekcje języka angielskiego oraz zajęcia komputerowe. Dzieliliśmy się z dziećmi tym, co sami potrafimy, i obserwowaliśmy, jak z dnia na dzień robią postępy.
Pamiętam początki lekcji angielskiego. Czasami wydawało się, że wszystko idzie zupełnie nie tak, jak powinno. Że dzieci niewiele zapamiętują, że trudno będzie je czegoś nauczyć w tak krótkim czasie.
A potem przychodziła kolejna lekcja.
I nagle pamiętali więcej. Potrafili powiedzieć nowe słowo. Rozumieli coś, co wcześniej było dla nich trudne. Próbowali, powtarzali, uczyli się.
To były małe kroki. Naprawdę małe.

Podobnie było podczas zajęć plastycznych. Na początku ich prace bywały bardzo proste, czasami prawie pozbawione kolorów. Z czasem jednak zaczęło pojawiać się ich coraz więcej.
Więcej barw. Więcej pomysłów. Więcej odważnego tworzenia.
Patrzenie na te zmiany było czymś pięknym. Nie dlatego, że powstały idealne prace. Ale dlatego, że za każdą z nich kryło się dziecko, które próbowało.
I wtedy pomyślałam, że może właśnie o to chodzi.
Nie o to, aby wszystko było idealne.
Ale o to, aby zrobić jeden krok do przodu.

To, co otrzymałam, jest większe niż to, co dałam
Przyjechałam do Etiopii z przekonaniem, że to ja będę tą, która daje. Ale dziś coraz bardziej widzę, że otrzymałam znacznie więcej, niż sama mogłam dać.
Otrzymałam uśmiechy. Otrzymałam zaufanie. Otrzymałam radość z małych rzeczy. Otrzymałam ogromną lekcję cierpliwości, wdzięczności i pokory.
Każdy uśmiech. Każdy dotyk dziecka. Każde złapanie za rękę. Każde zawołanie „Kamila!”
I choć dla kogoś z boku mogą wydawać się zwyczajne, dla mnie stały się czymś niezwykle ważnym. Bo właśnie w tych chwilach zaczęłam rozumieć, że moja obecność tutaj nie jest bez sensu.

Boży plan, którego nie zawsze rozumiem
Dziś nadal nie mam odpowiedzi na wszystkie pytania. Nadal wiem, że jest przede mną wiele rzeczy, których nie rozumiem.
Ale coraz mocniej wierzę, że Bóg miał dla mnie plan, kiedy otworzyła się przede mną droga do Etiopii.
Może ten plan nie polegał na tym, że zmienię życie wszystkich dzieci. Może nie polegał nawet na tym, że zobaczę wielkie, spektakularne efekty swojej pracy.
Może polegał na tym, że nauczę się kochać drugiego człowieka w prosty sposób. Że zobaczę, jak wiele może znaczyć obecność. Że zrozumiem, iż nie muszę mieć odpowiedzi na każde „dlaczego”, aby być blisko.
Że Bóg może działać również przez rzeczy małe.
Przez jedną lekcję. Jeden uśmiech. Jedno dobre słowo. Jedną chwilę spędzoną razem.
I może właśnie te małe rzeczy są częścią Jego większego planu.
„Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem.”
Koh 3,1
