Zmarnowane talenty. Niewydeptane ścieżki. Nieusłyszane głosy.

Coraz częściej myślę, że właśnie tak można opisać wiele historii, które spotykam tutaj każdego dnia. Patrzę na te dzieci i zastanawiam się, ile dobra zostało w nich złożone, zanim ktokolwiek zdążył je zauważyć. Ile talentów może nigdy nie dostać przestrzeni, żeby się rozwinąć. Ile marzeń pozostanie tylko cichym pragnieniem, bo rzeczywistość, w której żyją, nie daje im możliwości, które dla wielu z nas są czymś oczywistym.

A jednak po tych trzech tygodniach coraz bardziej widzę, że nie przyjechałam tutaj po to, żeby mieć odpowiedzi. Nie przyjechałam naprawić ich życia ani obiecać im przyszłości, której sama nie potrafię im zapewnić. Jestem tutaj tylko na kawałku ich drogi. I może właśnie dlatego tak bardzo poruszają mnie te najmniejsze rzeczy. Mała dłoń, która nagle odnajduje moją. Przytulenie, które ściska najmocniej, jakby przez tę krótką chwilę nie chciało mnie puścić. Uśmiech, który pojawia się bez powodu. Spojrzenie, którego nie potrafię nazwać, ale które zostaje we mnie na długo.

I każde „ANA!” wykrzyczane w moją stronę z drugiego końca boiska. Za każdym razem odwracam głowę i uśmiecham się, ale czasem myślę, że może to nie tylko dziecko woła moje imię. Może w tym jednym słowie Bóg przypomina mi, że jestem dokładnie tam, gdzie chciał mnie mieć. Że czasem Jego głos nie przychodzi w ciszy ani w wielkich znakach. Czasem przybiega przez boisko, ma dziecięcy głos i woła: „Ana!”.

Nie znam wszystkich ich imion. A może niektóre już poznałam, tylko jeszcze ich nie zapamiętałam. Nie znam wszystkich historii, które noszą w sobie. Nie wiem, czego doświadczyli, zanim nasze ścieżki się przecięły, ani dokąd zaprowadzi ich życie, kiedy nasze drogi znów się rozejdą. I chyba właśnie tego uczę się najbardziej. Nie muszę znać całej historii, żeby powierzyć ją Bogu.

Oddaję Mu ich takich, jakimi dał mi ich poznać. Z małymi dłońmi, które szukają mojej ręki. Z ramionami, które przytulają najmocniej. Z uśmiechami, które potrafią rozjaśnić dzień. Z tym, co piękne, i z tym, czego jeszcze nie potrafię dostrzec. Z ich marzeniami, nawet jeśli świat, w którym żyją, nie daje im łatwych dróg do ich spełnienia. Oddaję Mu również to, czego nie rozumiem, bo On rozumie więcej.

On zna ich po imieniu. Zna ich historię, zanim ktokolwiek ją opowiedział. Zna ich przyszłość, zanim zrobią pierwszy krok w jej stronę. To On stworzył ich cudownie i z miłością, zanim nasze drogi kiedykolwiek miały się przeciąć. Był przy nich, zanim ja mogłam być. I będzie przy nich wtedy, kiedy mnie już nie będzie.

Może dlatego coraz mniej chcę pytać Boga: „Co ja mam dla nich zrobić?”, a coraz częściej: „Boże, pokaż mi, jak mam ich kochać?”. Bo wiem, że nie mogę zostać przy każdym z nich. Nie mogę zabrać ich problemów ze sobą. Nie mogę napisać za nich całej przyszłości. Mogę tylko przyjąć ten kawałek drogi, który został mi powierzony, i przejść go z nimi najlepiej, jak potrafię.

Przede mną jeszcze dziewięć miesięcy. Jeszcze tyle „ANA!” usłyszę z drugiego końca boiska. Tyle małych dłoni być może znowu złapie mnie za rękę. Tyle uścisków, których nie będę umiała zapomnieć. I może kiedyś, kiedy tej drogi już tutaj nie będzie, najbardziej zabraknie mi właśnie tych prostych chwil, których dzisiaj jeszcze nie potrafię docenić do końca.

A na razie chcę tylko pamiętać, że nie muszę znać wszystkich imion. Wystarczy, że znam Tego, który zna je wszystkie. I kiedy nie będę wiedziała, co dalej, chcę oddawać Mu ich po kolei, twarz po twarzy, imię po imieniu, tak jak pojawili się na mojej drodze. Bo ja mogę być przy nich tylko przez chwilę. On był przy nich od zawsze. I będzie przy nich na zawsze.