Tam, gdzie rodzi się nadzieja

„Kushe! Aw di bodi?”

W lokalnym języku krio oznacza to: „Cześć! Jak się masz?”. Jest to typowy zwrot na powitanie. Teraz możemy przejść do właściwej części. A zatem, Drogi Czytelniku, jeśli chcesz posłuchać o moim sierra leońskim życiu, usiądź wygodnie (najlepiej z kawą lub herbatą).

W Sierra Leone spędziłam 7 miesięcy, także mogłam doświadczyć tutejszej kultury, języka i zwyczajów. W placówce Don Bosco Fambul czas płynie szybko. Zdecydowanie za szybko.
Fambul w krio znaczy rodzina i dla mnie naprawdę tak było. Na terenie placówki znajdują się 4 domy:
– Girls’ Shelter – dla dziewczyn, które są ofiarami przemocy seksualnej, fizycznej, psychicznej
– Girls Shelter Plus- dla dziewczyn, które chcą się wyrwać z prostytucji
– Child Care Center (CCC) – dla chłopców ulicy
– Group Home – dla chłopaków z trudnych sytuacji rodzinnych, często zmagających się z uzależnieniami;

Mamy także przedszkole i szkołę, szpital, farmę, warsztaty do nauki zawodów, kościół i centrum terapii.

Na co dzień pracowałam jako nauczyciel w przedszkolu, a popołudniami spędzałam czas z dziećmi na oratorium. Innymi słowy, ciągle byłam z dziećmi. Afrykańskie przedszkole różni się od polskiej rzeczywistości (któż by się spodziewał?). Na początku trochę trudno mi było przyjąć, że uczymy dzieci czytać i pisać, nawet kiedy są na to za małe.  W afrykańskim przedszkolu nie ma czasu na zabawę (chyba, że sprytnie ją przemycisz z nauką). Przedszkole jest traktowane jako miejsce, gdzie masz się uczyć, czyli siedzieć w ławce i pisać. Starałam się pokazać i przekazać, że może być inaczej, że naukę można łączyć z zabawą. Edukacja w Sierra Leone bywa wyzwaniem. Nie zawsze jest kolorowo. Czasem były momenty, kiedy miałam ochotę wyjść. A z drugiej strony, miałam świadomość, że jestem tam dla nich i bardzo chcę towarzyszyć w ich życiu. Było wiele chwil, kiedy byłam dumna z moich uczniów, widząc ich zaangażowanie, postępy, radość i uśmiech. Ciekawym doświadczeniem było móc przeżywać szkolne imprezy, takie jak: świąteczne występy na Boże Narodzenie, Thanksgiving (czyli takie święto dziękczynienia dla szkoły i radości z tego, że jest edukacja) oraz dzień sportu. W ich przygotowanie zawsze byli zaangażowani nauczyciele i rodzice. W Sierra Leone, jak jest już jakieś święto, to na całego! Cieszę się, że mogłam być tego częścią. Na Thanksgiving dostałam od nauczycielek sukienkę z takiego samego materiału jakie miały one. W Afryce ubrania z tego samego materiału noszą przyjaciele czy rodzina, czyli bliskie osoby. Jestem tym wzruszona i zaszczycona.

Z ciekawostek szkolnego życia:

W wielu krajach Afryki dzieci przychodzą do szkoły w mundurkach i eleganckich butach. Tak samo jest w Sierra Leone. Dzień rozpoczynamy apelem o godz. 8:10. Śpiewamy i klaszczemy, później modlitwa, następnie słówko na początek dnia, pozdrowienie salezjanów, nauczycieli i przyjaciół. Później, każdy rozchodzi się do swojej klasy, witając się po drodze z innymi.

Ciekawe w pedagogice salezjańskiej jest słówko, czyli krótka wypowiedź czy historia, która ma jakoś zainspirować; nauczyć czegoś, dać motywację na dzień lub skłonić do refleksji. Kilka razy wypadł mój dyżur słówka, czy to w szkole, czy w placówce i uważam, że jest to bardzo cenny moment w ciągu dnia. Czasem bywa, że dowiadujesz się, że mówisz go za minutę i jesteś nieprzygotowany, więc szybko tworzysz plan w głowie. Bywa i tak. W mojej pamięci i sercu zostały wieczorne słówka mówione przez salezjanów.

Czasem wyzwaniem była nasza komunikacja. Tutaj przykład: 4 letni chłopiec przybiega i mówi coś w krio. Na co mu odpowiadam: Alie, aunty no sabi krio. (Alie, ciocia nie rozumie krio). Więc on się skupia i bardzo wolno i wyraźnie mówi: I said (z angielskigo – powiedziałem) i kontynuuje w krio. W taki sposób uczyłam się ich języka.
Wracając do szkolnego rytmu dnia. Lekcje trwają od 8:30 do 10:30. Następnie jest 30 minut przerwy. W tym czasie, dzieci mogą wyjść na boisko i zagrać w koszykówkę. Ten czas przerwy był dla mnie okazją do rozmów z dziećmi. Najczęściej siadałam wtedy z zeszytami moich uczniów, kończąc coś przygotowywać i rozmawialiśmy. Wspólne żarty z dziećmi, dyskusje z nauczycielami. Bardzo niepozorny, a wartościowy czas. Bywało i tak, że szkolny korytarz zamieniał się w salon fryzjerski, ponieważ wiele dziewczynek lubiało czesać moje długie włosy. O godzinie 13:00 był dzwonek kończący zajęcia. Zwykle był to jeszcze czas na ustalenie z nauczycielką planu na kolejny dzień. Później wracałam do placówki na obiad.


Inny projekt związany ze szkołą, to malowanie. Och, ile godzin spędziłam z pędzlem w ręce, ten nikt nie wie. To też był czas rozwoju relacji. Czasem przychodziły dzieci z wioski, czasem przyjaciele, współwolontariuszki, raz nawet jeden z księży pomagał. Finalnie pomalowaliśmy wszystkie klasy i wiatę. Jestem dumna. I na razie biorę urlop od malowania.

Popołudniowy czas z dziećmi był dla mnie bardzo ważny. Wychodziliśmy wtedy z relacji nauczyciel-uczeń. To był czas na budowanie przyjaźni. Często przychodziłam na lekcje tańca kulturowego czy współczesnego. Na koniec mojego pobytu udało się nawet przygotować z dziećmi pokaz taneczny. Czasem prowadziłam study time (czas nauki) i rozwiązywaliśmy różne zadania. A później szaleństwo na oratorium: tańce, piłka, gry. Jedną z pierwszych gier, które poznałam, było balance ball (podobne do dwóch ogni). Z tym, że grasz piłką z pary skarpetek (nawet jak wpadnie do błotnej kałuży). Dzieci w Afryce cieszą się z tego co jest – mamy skarpetki, to nimi gramy.

Nie przyjechałam do Afryki, żeby zmienić czyjeś życie. Nie da się w tak krótkim czasie zmienić kultury, mentalności czy systemu edukacji. Też nie o to chodzi. Chodzi o towarzyszenie tym ludziom, o pokazanie, że są ważni, o okazanie im miłości i wsparcia. Choć tak naprawdę mam poczucie, że to ja doświadczyłam bardzo dużo ciepła, miłości i radości od nich. Będąc z nimi tak długo wchodzisz w relacje i stajesz się częścią tego małego społeczeństwa. Zyskałam tam nawet afrykańską rodzinkę, za którą jestem bardzo wdzięczna.

Chciałabym też się podzielić jedną z najpiękniejszych historii z mojej misji.

Dziewczyna z Girls’ Shelter Plus. Faith (to jej imię, oznacza Wiara). Na prośbę misjonarza przeprowadziłam z nią wywiad, w którym dzieliła się ze mną historią swojego życia. Przytoczę tylko parę jej słów:
„Nigdy nie chciałam iść na ulicę. Próbowałam wszystkiego, żeby nie wejść w prostytucję. Potrzebowałam pieniędzy na utrzymanie rodziny. Nie miałam wyjścia”. Faith zawsze wierzyła, że Bóg jej pomoże. Dla mnie jej imię z chrztu jest nieprzypadkowe. Ta dziewczyna jest przykładem wiary, nawet gdy jest najtrudniej. Kiedy przyjechałam do Sierra Leone, ona przebywała już jakiś czas w Don Bosco Fambul. Uczyła się krawiectwa i była bardzo zaangażowana w scholę. Kiedy zaczynałam pracę w przedszkolu, potrzebowałam wsparcia w czwartki i w piątki (w te dni byłam sama, ja nie znałam krio, a dzieci angielskiego). Ksiądz Piotr przysłał mi do pomocy właśnie Faith. I tak zaczęła się nasza przyjaźń. Była bardzo otwarta na nowe metody pracy, które proponowałam. Zawsze chętna do pomocy. Choć nie była nauczycielem, to chciałam nauczyć się pracować z dziećmi. Czas mojej misji mijał. W styczniu nastąpiło dużo zmian związanych z przedszkolem (między innymi zmiana nauczyciela i klasy). Od tego momentu miałam w przedszkolu nauczyciela na pełnym etacie, więc Faith nie musiała przychodzić. Pojawił się jednak w mojej głowie plan, że kiedy wrócę do Polski będzie potrzeba jeszcze jednej osoby do pracy w przedszkolu. Wiedziałam, że Faith będzie najlepsza. Spędziła ze mną 4 miesiące w pracy i widziałam jej zaangażowanie. Finalnie Faith zaczęła pracę w przedszkolu, a popołudniami dorabia jako krawcowa. Jesteśmy w kontakcie i wiem, że jest szczęśliwa. Jestem bardzo wdzięczna za to, że mogłam jej towarzyszyć w czasie tej drogi. Przeszła z ulicy do pracy w przedszkolu. Jestem z niej ogromnie dumna.

Misja w Sierra Leone pokazała mi jak niewiele potrzeba do szczęścia. Wielu z ludzi, których tam spotkałam mieli tak niewiele, a mimo to ich radość i wdzięczność była ogromna. Drugi człowiek to sens. Życie ma sens wtedy, gdy jest z drugim człowiekiem i dla niego. Obecność, drobne gesty, czasem nawet nie trzeba słów. Gdy okazujesz komuś odrobinę miłości, to ona wraca ze zdwojoną siłą.