Równowaga.

Hejka Kochani!
U mnie wszystko w porządku! Wróciłam niedawno ze stolicy Zambii – Lusaki, gdzie – za zgodą Misjonarza – odbyłam krótki urlop. Był to wspaniały czas odpoczynku psychicznego. Fizycznego nie do końca, bo ciągle byłam w ruchu. Czułam, że mam mało czasu, a tyle do zrobienia.

Wyruszyłam o 4:00 rano autobusem z Kazembe, a dojechałam na 21:00 do Lusaki. Cały dzień w autokarze. Obok mnie siedziała mama z chłopcem, który miał maksymalnie 2 latka. Podziwiałam go całą drogę – mimo, że czasem marudził, to i tak był bardzo dzielny w swojej długiej
podróży. Mi było ciężko „wysiedzieć” tyle godzin. Najciekawsze były dla mnie „postoje” – gdy tylko
autobus się zatrzymał, obok niego ustawiali się ludzie i sprzedawali napoje i jedzenie. Nie trzeba było
się martwić, że będzie się głodnym. Od razu przyrównałam sytuacje, że w Polsce mamy stacje benzynowe, na których możemy się zatrzymać i coś zjeść, albo słynnego „maka”, którego ja zawsze odwiedzałam w podróży. Tutaj można było znaleźć wodę i napoje słodkie oraz gazowane, orzeszki, popcorn, kasawę, ciasteczka i chipsy oraz owoce. Następnego dnia po dotarciu do celu, spotkałam się z tamtejszymi wolontariuszami. Udało nam się zjeść wspólny lunch. Oczywiście, nie zabrakło fast-foodów, o których można tylkopomarzyć w Kazembe, więc zadowoliliśmy się burgerami. A na kolację wleciał „Hungry Lion” – czyli kurczak w panierce wraz z frytkami. Już za nim tęsknię. Następnie, zwiedziłam duży, a wręcz ogromny
market! Łatwo się było tam zgubić. Można tam było znaleźć naprawdę wszystko. Odwiedziłam parę sklepów i restauracji – przez co czułam, że wcale nie jestem aż tak daleko od Polski. Wręcz przeciwnie,
trochę przytłoczyła mnie stolica i jej ciągły ruch, że zatęskniłam za Kazembe. Muszę również wspomnieć,
że odwiedziłam „Kalimba Park” – z krokodylami i wężami. Było to nietuzinkowe bliskie spotkanie z tymi
dzikimi zwierzętami. Mimo strachu odważyłam się ich dotknąć, ale chyba nie zrobiłabym tego drugi raz. Udało mi się także odwiedzić Polaków, którzy mieszkają w Zambii na stałe. Miło było porozmawiać ze swoimi rodakami, pożartować w swoim języku i poznać ich perspektywę życia codziennego tutaj. W tym czasie w ogóle spotkałam wielu Polaków: misjonarzy, siostry, misjonarki świeckie, wolontariuszy – i każda rozmowa była dla mnie ubogacająca. Mimo iż cały tydzień byłam daleko od swojej placówki, bardzo się cieszę, że odbyłam ten wyjazd. Potrzebowałam odpoczynku, każdy potrzebuje równowagi.

Przed moim wyjazdem odbywał się holiday camp (*obóz wakacyjny) dla dzieciaków. 140 dzieci codziennie, od poniedziałku do piątku, przychodziło, by spędzić swój wolny czas w oratorium oraz zjeść śniadanie i ciepły posiłek na obiad. Dzień zaczynaliśmy Mszą Świętą, później odbywały się zajęcia w grupach wiekowych – między innymi: sportowe, muzyczne, plastyczne czy edukacyjne. Każdego dnia grupa miała inne zajęcia; codziennie staraliśmy się, by było dla nich przygotowane coś nowego i ciekawego. Ja, wraz z trzema chłopakami, byłam odpowiedzialna za przygotowanie jedzenia i zrobienie zakupów. Posiłki były przygotowywane od samego rana, dzieciaki miały zapewnione śniadanie oraz lunch, z czego były bardzo zadowolone, ponieważ często nie mają za dużo jedzenia w domu. Teraz nie musiały się o to martwić i ja byłam szczęśliwsza wiedząc, że nikt nie chodzi głodny. Często też dzieliłam się z nimi swoim posiłkiem, widząc, że chcą jeszcze zjeść. Myślę, że ten czas przybliżył mnie do nich jeszcze bardziej, spędziłam z nimi bardzo dużo czasu. Mimo, iż było parę niedociągnięć czy kłótni, co zdarza się każdemu i wszędzie, patrząc na to z upływem czasu, uważam że to był szczęśliwy okres tej misji.