Bangladesz – lustro moich przekonań

„Kwestionujemy wszystkie nasze przekonania — z wyjątkiem tych, w które naprawdę wierzymy, i właśnie tych nigdy nie przychodzi nam do głowy poddać w wątpliwość.”

— Orson Scott Card

Znałem statystyki lecąc do Bangladeszu.

176 milionów ludzi na obszarze mniejszym niż Polska. Ponad 20% populacji poniżej granicy ubóstwa. Dziesiątki milionów bez dostępu do bezpiecznej wody. Jedno z najwyższych zagęszczeń ludności na świecie. Miliony dzieci, które zaczynają życie z deficytem, nie z wyborem.

Nie zdawałem sobie sprawy, że to nie liczby okażą się największym wyzwaniem. Najtrudniejsze było zderzenie z tym, jak bardzo moje własne przekonania były uproszczone, wygodne i nieprzetestowane przez rzeczywistość.

Mój pierwszy wyjazd do oratorium.

Utrail: szkoła, wiara i codzienność

Większość misji z Oskarem spędziliśmy w Utrail — niewielkiej wsi przy granicy z Indiami. Tamtejszy kompleks salezjański to wyjątkowe miejsce: internat dla chłopców, budynek dla księży i aspirantów oraz dwie szkoły — średnia prowadzona po bengalsku i podstawowa po angielsku. Wszystko razem tworzy przestrzeń, w której młodzi mogą dorastać w wierze, zdobywać wiedzę i spędzać czas w społeczności dającej poczucie bezpieczeństwa oraz przynależności.

Pracowałem jako nauczyciel języka angielskiego w trzech klasach dziewiątych. Po lekcjach, razem z Oskarem, prowadziliśmy dodatkowe zajęcia Spoken English — najpierw dla starszych uczniów, później dla chłopaków z internatu. To, co w książkach wyglądało prosto, w klasie wymagało kreatywności, cierpliwości i ciągłego dopasowywania do poziomu uczniów.

Podstawowe obowiązki — poranne assembly, odnajdywanie sal, sprawdzanie obecności, realizowanie tematów — początkowo stanowiły wyzwanie. Rozsądne okazało się obserwowanie innych nauczycieli, ale z czasem trzeba było wypracować własne, skuteczniejsze metody.

Codzienna adoracja, msza święta i różaniec uczyły rytmu, dyscypliny i wewnętrznego skupienia. Piątkowe wyjazdy na oratoria do okolicznych wiosek pokazywały, jak bardzo potrzebne jest wsparcie w lokalnych społecznościach — i jak niewiele czasem wystarczy, by stworzyć dzieciom bezpieczną przestrzeń do rozwoju.

Dwudzieste urodziny obchodziłem w Bangladeszu…

Poglądy pod ostrzałem rzeczywistości

Dopiero z czasem dotarło do mnie, że największą pracę nie wykonuję w klasie ani na oratorium, ale we własnej głowie. W Bangladeszu wiele przekonań, które wcześniej uważałem za oczywiste, zaczęło się kruszyć:

Zmiana wymaga czasu i współpracy.

Jedna lekcja czy jedna inicjatywa rzadko przynosi efekt. Prawdziwa zmiana rodzi się powoli i wspólnie z lokalną społecznością.

Planowanie to dopiero początek.

Życie w społecznościach o złożonych, lokalnych uwarunkowaniach wymusza improwizację i elastyczność w działaniu.

Nie wiem, czego naprawdę potrzebują ludzie.

Priorytety bywają zupełnie inne niż się wydaje z zewnątrz, a rozwiązania, które wydają się oczywiste, często zawodzą.

Nie każdy chce lub jest gotowy na moją pomoc.

Zmiana wymaga własnej inicjatywy i gotowości, a ingerencja z zewnątrz w formie, jaką sobie wyobrażamy, nie zawsze jest pożądana.

Pomoc nie zawsze przynosi natychmiastowe efekty.

Nawet drobne gesty, które wydają się niewielkie, mogą wymagać czasu, powtarzania i cierpliwości, zanim zaczną działać.

Nie każdy jest gotowy do współpracy w tym samym tempie.

Dostosowanie się do indywidualnych potrzeb jest kluczowe.

Nie wszystko zależy ode mnie.

Zmiana jest procesem zbiorowym, w którym zrozumienie kontekstu ma większe znaczenie niż samotne inicjatywy.

Skala problemu nie oznacza braku nadziei.

Nawet w najtrudniejszych warunkach codzienne małe działania mają znaczenie.

Moja perspektywa nie jest obiektywna.

Zawsze patrzymy przez pryzmat własnych doświadczeń i uprzedzeń, dlatego refleksja i słuchanie innych są niezbędne.

Z Oskarem w trakcie Puja Holidays.

Z czym wróciłem?

Ten wyjazd nie przyniósł gotowych odpowiedzi. Dał coś trudniejszego — świadomość, że wiele moich wcześniejszych przekonań było zbyt uproszczonych i wygodnych. Bangladesz nie tyle zmienił moje poglądy, co zmusił mnie, by przestać traktować je jak oczywistość.

I może właśnie w tym tkwi prawdziwa wartość takich doświadczeń: nie w tym, że jedziemy zmieniać świat, ale w tym, że wracamy mniej pewni swoich poglądów — i dzięki temu trochę bardziej uważni na świat i ludzi wokół nas.