…(nie)typowy dzień na misjach
Dzień rozpoczynamy pobudką na tyle wcześnie, żeby zdążyć na 6:30 na poranne modlitwy i późniejszą medytację oraz Mszę Świętą. Z rana jeszcze nie jest tak gorąco, jak w późniejszej fazie dnia, ze względu na słońce wschodzące dopiero około 6:40. Przechodząc ten wcale nie tak długi dystans, ale lekko męczący, gdyż ciągle wchodzi się pod górę, można poczuć podmuch wiatru i rześkie powietrze. Wielki, błyszczący księżyc, który jeszcze nie stracił swej intensywności, oświetla naszą drogę do kaplicy.
Po odmówionym brewiarzu mamy czas na medytację, po której następuje Msza Święta. Następnym, a zarazem jednym z najlepszych punktów dnia jest śniadanie, gdzie najbardziej popularną kanapką jest ta z masłem orzechowym robionym przez dziewczyny z naszej placówki. Jednak ten piękny moment śniadania nie trwa długo, ponieważ o 8:30 zaczyna się szkoła, a ja wraz z Gosią i z Klaudią prowadzimy dość indywidualne zajęcia, ponieważ na każdą z nas przypada trójka dzieci.


Klaudia prowadzi grupę dzieci, ucząc ich angielskiego i matematyki od podstaw. Nie jest to łatwe zadanie, gdyż znamy parę słów z języka Krio i biegle nie potrafimy się nim posługiwać. Natomiast Gosia ma już bardziej zaawansowaną grupę dzieci, które coraz bardziej owocują w nabytą wiedzę. Jeżeli jednak chodzi o mnie, to trafiła mi się wspaniała trójka dzieci, które biegle mówią po angielsku, a z matematyki jesteśmy na temacie potęg, więc to naprawdę zaawansowany poziom. Należą do niej: Mohamed, Mustafa i Albert. Pierwsza dwójka ma 13 lat, a ostatni 17.
Chcę się natomiast najbardziej podzielić tym, jak te dzieciaki są dla mnie ważne – i to nie jedno konkretne, dwójka czy trójka, ale wszystkie, nawet te, które są poza naszym obiektem…ale o tym dopiero później. Podczas naszych pierwszych zajęć, gdzie miałam przebadać sytuację i stwierdzić na jakim poziomie są moi uczniowie, zadałam im bardzo proste zadanie, żeby się przedstawili, czyli napisali swoje imię, wiek oraz miejsce, w którym mieszkali; a następnie mieli przelać to na kartkę papieru, żebym była w stanie stwierdzić, jak u nich idzie z pisownią. Wszyscy pięknie wywiązali się z tego zadania. Po krótkim czasie, zaczęliśmy jednak prowadzić otwartą rozmowę. Z początku myślałam, że to będzie zwykła rozmowa – jak z każdym innym dzieckiem, ale oni bardzo chcieli podzielić się ze mną czymś więcej, czymś co tkwi w sercu każdego dzieciaka z „Don Bosco Fambul” i na pewno w przeważającej części kraju Sierra Leone. Pierwszy głos zabrał Albert i zaczął mi opowiadać, jak przeżył dwa lata na ulicy, ponieważ jego tata wyrzucił go wraz z jego mamą z domu. Mówił, że jest tak dużo dzieci ulicy, że tworzą oni własną społeczność i razem starają się o przetrwanie.
Często, jak się patrzy na te historie, to dostrzega się jedną wspólną zależność – tak naprawdę wszyscy uciekli na ulicę z „własnej woli”. Tu pojawia się znaczące pytanie: „Dlaczego tak się w ogóle stało?”. Odpowiedź daje nam dużo do zrozumienia, ponieważ jest wiele czynników, które na to wpływają. Niektórzy uciekli z domów pod wpływem złych przykładów; inni z powodu przymusowej pracy dzieci; a jeszcze inni z powodu przemocy, której doświadczali najczęściej we własnych rodzinach. Byli też tacy, którzy uciekli z powodu głodu i wyszli na ulice, szukając lepszego jutra. Bardzo często tak się dzieje, gdyż z tego co się dowiedziałam, to posiłki zwykle otrzymują raz dziennie o jednej konkretnej porze. Niestety, jest też taka grupa, która w ogóle go nie dostaje. Dlatego, większość z nich ucieka przez okoliczności i warunki, które ich do tego zmusiły. Wracając do moich uczniów – chciałam podkreślić, że byli – ku mojemu zdziwieniu – bardzo otwarci na ten temat; każdy chciał mi opowiedzieć swoją własną historię i każdy, przede wszystkim, chciał mi pokazać miejsce, w którym żył i funkcjonował przed trafieniem na ulicę, a następnie do „Don Bosco Fambul”. Także na sam koniec naszych zajęć pozwoliłam im wziąć mój telefon, żeby znaleźli w Internecie swoje wioski bądź miasta, w których mieszkali. Pokazywali mi szkoły, w których się uczyli; radę miasta; centralne miejsca oraz plaże. Wszystkie te punkty znali bardzo dokładnie. Nawet potrafili powiedzieć imiona i nazwiska dyrektorów i wicedyrektorów ich poprzedniej szkoły, które znaleźli w obrazach z Google.
Oczywiście, czas na naukę też był i to aż 4 godziny! Pierwsze dwie są to te przeznaczone na język angielski, natomiast, po krótkiej 30-to minutowej przerwie zaczynamy dwie godziny matematyki. Moja grupa, jak już wspomniałam, składa się z samych bystrzaków, którzy umieją dodawać, odejmować i mnożyć w słupku. Ostatnio zaczęłam wprowadzać potęgi oraz kolejność wykonywania działań. Nadal nad tym pracujemy, ale moim zdaniem naprawdę idzie im świetnie.
Po skończonych zajęciach przychodzi czas na obiad. Często po drodze, która jest bardzo krótka, da się jednak z kimś porozmawiać na tyle, że czasem przychodzę i nawet 30 minut spóźniona, ale właśnie obiad jest tym posiłkiem, na który każdy przychodzi o innej porze; dlatego nie odmawiam rozmowy nikomu, kto wykazuje takie chęci. Sierra Leone jest takim krajem, gdzie większość ludzi ma te chęci i wspaniale to współgra z moją naturą, która tak samo uwielbia się dzielić różnymi informacjami i prowadzić tak zwane „small talki”. I to są właśnie te rzeczy, które będę ciągle podkreślać, że wszyscy są tutaj dla mnie bardzo ważni. Każda z tych osób jest wyjątkowa i przepiękna; mimo ran jakie zadała im przeszłość widzę, jak bardzo starają się z tego podnieść i przezwyciężać własne słabości oraz modlitwą do Boga leczyć swoje rany.

Po skończonym obiedzie przychodzi czas na prowadzenie przez nas skillsów (*zajęcia dla dzieci, rozwijające ich konkretne umiejętności); jednak pewnego dnia miałyśmy szansę zobaczyć jak nasza placówka wspiera naszych byłych „beneficiaries” (*czyli byłych wychowanków), ponieważ, po umytych już talerzach z obiadu, ksiądz Piotr zawołał mnie i powiedział, bym zebrała chętne dziewczyny i podjedziemy do Waterloo (pobliskie miasteczko), żeby zobaczyć, jak nasze byłe beneficiaries radzą sobie w swoich sklepach. Otóż „Don Bosco Fambul” chce nie tylko pomagać dzieciom, które do nas trafiają, ale również chce przedłużyć tą pomoc nawet jak już stąd wyjdą. Dlatego bardzo często „Don Bosco Fambul” kupuje im sklepy, w których będą mogły dalej się rozwijać i prowadzić swój własny biznes, który zapewni im dalsze utrzymanie.
Tak więc pojechaliśmy do Waterloo w szóstkę, co nie jest niczym nadzwyczajnym, mimo że auto osobowe ma siedzenia przeznaczone tylko dla 5 osób. Dla Afrykańczyków to żaden problem i potrafią wcisnąć ile osób trzeba do takiego auta, albo będą robić przeróżne kombinacje, żeby tylko kogoś przewieść z punktu A do punktu B. Nawet jeżeli czasem wygląda to niebezpiecznie, to jest to tutaj całkiem normalne.
Przed wjazdem na jedną z najbardziej ruchliwych ulic w Waterloo, skręciliśmy w prawo i zaczęliśmy zostawiać market za plecami, a zbliżać się do bardziej „mieszkalnej” części tego miasteczka. Powoli sklepy zaczęły zamieniać się w domy, w których żyje i funkcjonuje na co dzień lokalna ludność. Domy są wszystkie szare; przy nich wieszane jest pranie, czy to na sznurkach, czy na balkonie, czy czasem po prostu kładzione na ziemi. Jedną rzecz, która od razu przykuwa wzrok są to dzieci pełne energii, bawiące się ze sobą bądź pomagające przy domu. Gdy dojechaliśmy już do pewnego miejsca, nie bardzo nam było wiadomo gdzie kierować się dalej, dlatego stanęliśmy na drodze otoczonej domami i przede wszystkim dzieciakami. Jak tylko wyszliśmy z auta, to coraz więcej dzieci zaczęło do nas przychodzić – niektóre bardziej odważne inne mniej, ale łączyła je wszystkie ciekawość do białych ludzi, czyli naszej skromnej czwórki.

Po jakimś czasie, kiedy dzieci zaczęły się już coraz bardziej do nas przyzwyczajać, przyszła do nas dziewczyna, która jest byłą wychowanką „Don Bosco Fambul” i pokazała nam drogę do swojego sklepu.
Wzrok wszystkich mieszkańców skupiony był na nas i dzieciakach, idących z nami za rękę, biegających dookoła bądź po prostu obserwujących biernie naszą nieoczekiwaną wizytę. Kiedy już doszliśmy do sklepu, okazało się, że świeżo otwarty salon fryzjerski bardzo dobrze prosperuje, gdyż w środku była klientka pozostawiona w połowie pracy, z racji tego, że nasza nowa fryzjerka musiała nam wskazać drogę do jej własnego zakładu.
Ksiądz Piotr pobłogosławił to miejsce i wspólnie odmówiliśmy krótką modlitwę. Był już czas, żeby wracać i odwiedzić drugi sklep – tym razem salon krawiecki. W drodze powrotnej do auta, już wszystkie dzieciaki czuły się na tyle swobodnie, że zaczęły dotykać naszych włosów, dotykać po rękach i twarzy, my z kolei je łaskotałyśmy bądź bawiłyśmy się w berka. Niestety przyszedł czas na pożegnanie, szybkie zdjęcie i tysiące uścisków oraz całusów, bez których by się nie obeszło. Tak wsiedliśmy do auta i kontynuowaliśmy naszą podróż w szóstkę. Po drodze dało się usłyszeć, bardzo dobrze już nam znane, słowo „opoto” – co oznacza „biały człowiek” w języku Krio. Znalezienie drugiego sklepu było już dużo łatwiejsze, ponieważ usytuowany był przy drodze i blisko wcześniejszego. Jednak dojechanie tam nie było tak szybkie. Afrykańskie drogi to jedna z tych niewielu rzeczy, za którymi akurat nie będę tęsknić. Jeżeli droga nie jest asfaltowa, to po prostu będzie to bardzo nierówna ziemia przepełniona dziurami, w których – w porze deszczowej – najczęściej znajduje się woda, wysłana kamieniami przeróżnej wielkości. Pomimo tych przeszkód udało nam się szczęśliwie dojechać i sprawdzić kolejną byłą beneficiaries, jak „się sprawuje” w swoim sklepie. Prowadzi go z jeszcze paroma dziewczynami, które tak samo przeszły przez „Don Bosco Fambul”, ale niestety nie spotkałyśmy ich tamtego dnia. Tym razem nasza wizyta miała bardziej cel sprawdzający, jak sobie radzą i jak im idzie. Znaleźliśmy jedną usterkę, czyli przeciekająca wodę do środka sklepu, jednak to zadanie pozostawiliśmy Księdzu, a my zaczęłyśmy podziwiać produkty, jakie miały do zaoferowania swoim klientom. Pierwsze co rzuciło się w oczy to torebki. Jedna nawet na tyle się spodobała Klaudii, że nie zastanawiała się długo i spytała o cenę, po czym szybko dokonała zakupu. Oczywiście, i w tym miejscu dzieci się przewijały i bardzo chciały nawiązać z nami jakikolwiek kontakt, dlatego też chętnie wyciągałyśmy do nich rękę, żeby przybić piątkę, zapytać o imię czy się przytulić. Z takimi właśnie nowymi doświadczeniami wracałyśmy na naszą placówkę idealnie w porze Oratorium, które trwa od 17:00 do 18.30.


Oratorium, to zawsze piękny czas spędzony z dziećmi. Na początku zawsze idę na plac zabaw i już z daleka mogę słyszeć głosy dzieci, które proszą, żeby je pohuśtać. Taka mała czynność, a sprawia im przeogromną radość. Po jakimś czasie decyduję się wesprzeć drużynę gry w siatkę. Ważne jest, żeby asystować dzieciom, spędzać z nimi czas, ale również dzielić go na jak największą liczbę dzieci. Taka gra przepełniona jest różnymi emocjami – radością, ale i niekiedy złością. Rzeczą, która mnie zaskoczyła, było ich zaangażowanie i wartość każdego punktu, który finalnie może zaważyć na końcowym wyniku. Wygląda to mniej więcej tak: jeżeli jedna drużyna wrzuci piłkę na boisko przeciwnika tak, że piłka wyląduje w granicach linii boiska, to oczywiście jedna drużyna będzie zdania, że piłka wylądowała na 'oucie’; jednak przeciwnicy będą się upierać, że był to tak zwany 'in ball’. Tak bardzo są w stanie się podburzać, że przechodzą przez siatkę do drugiej drużyny, aby się wykłócać o nawet ten jeden punkt. Najlepsze jest to, iż często bardzo dobrze wiedzą, że nie mają racji, ale zawsze mają ze sobą ten promyk nadziei, że przekonają sędziego, który końcowo przyzna im punkt.
W takich momentach przyjmuję dwie postawy: albo dołączam do takiej rozmowy, albo czekam do 2. minut, gdy atmosfera się uspokaja i powoli wszyscy wracają na swoje pozycje, a gra toczy się dalej. Podczas naszego Oratorium muzyka „chodzi” na bardzo wysokich obrotach, mamy głośnik prawie ludzkich rozmiarów. Bardzo głośna nigeryjska melodia porusza wszystkie dzieci, a nawet i starszych pracowników, do ruchów tanecznych, które zasadniczo różnią się od naszych europejskich. Jednak ostatnio, coraz bardziej przyzwyczajam się, i do afrykańskiej muzyki, i do afrykańskich elementów tańca, które głównie skupiają się na nogach, i po krótkim czasie stają się coraz bardziej wyczerpujące.
Gdy gra dobiega końca i muzyka się wycisza, to wcale nie znaczy, że zabawa się skończyła, ponieważ zwykłyśmy odprowadzać dzieciaki do ich własnych shelterów (*domów). Wtedy podchodzi do mnie Adama z Girl Shalter (*dom dla dziewczyn) i zaczyna śpiewać „My Darling”, gdyż wie, że jest to jedna z nielicznych afrykańskich piosenek, która naprawdę mi się podoba. W ten sposób wracamy do shelterów, zbierając coraz większą liczbę dziewczyn, które chcą dołączyć do naszego tańca. Jak znajdujemy się już przed ich domem, to tworzymy kółko, powtarzając te same ruchy, tym razem bardziej zsynchronizowanie. Pragnieniem jest zostać tam aż do nocy, ale trzeba szybko wracać, ponieważ mamy 20 minut do rozpoczęcia modlitw wieczornych.


Staram się wykorzystywać każde przerwy pomiędzy naszymi punktami programowymi i ten czas przeznaczam na szybki prysznic. Dlatego, po pożegnaniu się z dziewczynami zaczynam biec, żeby tylko wyrobić się na czas. Po szybkim prysznicu, znowu biegnę, żeby się nie spóźnić. W kaplicy rozpoczynamy modlitwę brewiarzem, potem któryś z księży, bądź braci, odczytuje nam książki z salezjańskiego wydawnictwa, po czym jest już około 19:20, kiedy wychodzimy z kaplicy, a dzieci powoli zbierają się na wspólny różaniec przy grocie Matki Bożej, który zaczyna się o 19:30. Siadamy z dziewczynami na schodkach, a wolne przestrzenie zaczynają wypełniać dzieci. Kiedyś obok mnie usiadła Esta, a pod moimi nogami Victoria. Na początku głośny śpiew dzieci pozwala skierować myśli na Boga przed zaczynająca się modlitwą. Wraz z mijającymi dziesiątkami różańca da się poczuć jeszcze bliższy dotyk dzieci, które powoli zasypiają. Tak jak w tym wypadku, Esta na początku delikatnie położyła głowę na moich kolanach, tak już potem wtuliła się cała. Z kolei, na początku lekko opierająca się o moje nogi Victoria zasnęła, trzymając mnie za rękę. Po skończonej modlitwie Father Peter nas pobłogosławił, a Father Abeku wypowiedział dla nas słówko na dobranoc. Po odprowadzeniu dzieci i długich pożegnaniach kierujemy się już prosto do Salesian House (*domu Salezjanów), żeby zjeść upragnioną kolacje. Standardowy zestaw ryżu i stew widnieje na naszym stole. Tym razem mamy dodatkowo banany i sałatkę z ogórkiem i pomidorem. Kolacja jest to czas zjednoczenia naszej wspólnoty, więc nie wychodzi się z niej szybko, ale bardzo często aż chce się dłużej zostać i posłuchać żartów księdza Piotra bądź zabawnych historii Fathera Jaya. Po zjedzonej kolacji, pozostaje tylko umyć talerze i jest czas dla siebie. Ja akurat ten czas przeznaczam na rozmowy z naszymi miejscowymi znajomymi, albo znajomymi z Polski. Nie mogą niestety one trwać za długo, żeby mieć siłę na następny dzień, który rozpocznie się tak samo o 6:30. I tak wygląda (nie)typowy dzień na misjach.
