Miesiąc w Don Bosco „Fambul”

Już ponad miesiąc trwa nasza misja w „Don Bosco Fambul” w Sierra Leone. Jest to bardzo intensywny czas – codziennie pracujemy z dziećmi i z młodzieżą, wykonujemy wszelakie zadania „bojowe” i przeżywamy małe i wielkie przygody. Właśnie taką jedną wielką przygodę chcę opisać.
Od 28go lipca do 22go sierpnia, razem z Gosią i Hanią, pomagałyśmy – jako animatorki – w przeprowadzeniu Summer Campu (*wakacyjnej półkolonii). Co mogę stwierdzić po przeżyciu tego miesiąca? Na to przyjdzie czas na końcu, ale teraz chcę przedstawić typowy dzień naszej połkolonii.

6:30 – ciszę i sen przerywa irytująca melodia budzika…”- Jak mi się nie chce…” – Msza święta dla animatorów jest o 7:00, więc mimo ogromnej chęci pozostania w łóżku, trzeba się zebrać. Czasem, jeśli nie padało (a takie poranki zdarzały się niezwykle rzadko), przez okno można było zobaczyć wschód słońca na tle palm i pobliskich chat. Była to całkiem dobra motywacja do wstania, ale rzadko faktycznie motywowała. Przed 7:00 (albo chwilę po) docierałyśmy do kościoła. Po półgodzinnej mszy wracałyśmy do Salesian House (*dom Salezjanów) na śniadanie. Bułka, masło orzechowe, dżem, banan i woda albo kawa – standardowy zestaw na co dzień i, co bardzo mnie zaskoczyło, po ponad miesiącu misji dalej nie przejadło mi się ani masło orzechowe, ani – coś tak wspaniałego – jak afrykańskie banany. Po śniadaniu wyruszałyśmy do Therapy Center (*centrum terapeutyczne), gdzie zaczynała się właściwa część naszej pracy. Już z daleka można było usłyszeć, że zaczął się kolejny dzień Summer Camp’u. Muzyka niosła się daleko, daleko (jestem przekonana, że w pobliskiej wiosce też ją słyszeli i też do niej tańczyli), a razem z muzyką niósł się krzyk i śmiech dzieci.
– Hello! – How are you? – How you sleep? – Good morning!
Scenariusz podstawowej konwersacji w Sierra Leone przebiega mniej więcej tak: najpierw przywitanie, po przywitaniu zadaje się pytanie o samopoczucie, równocześnie odpowiadając na pytanie drugiej strony o to samo. Następnie z uśmiechem, nie bardzo czekając na odpowiedź (bo tak naprawdę nikt nie zwraca na nią większej uwagi) idzie się dalej i wszystko powtarza się przy kolejnej spotkanej osobie. Takie small talki są tu wręcz wymogiem kultury, więc przeprowadzić je trzeba. Jak nasz poziom znajomości lokalnego języka – krio, lekko się podniósł, mogłyśmy zacząć zadawać pytania:
Aw di bodi? Aw yu de do?” – co zawsze wywoływało albo zdziwienie, albo śmiech szczególnie dzieci.

No właśnie DZIECI. Te przewspaniałe i przekochane małe istoty obdarzały nas ogromnym zainteresowaniem i w sumie, nic dziwnego, bo jednak dość mocno wyróżniałyśmy się w całym towarzystwie. Szczególnie popularne były nasze ’ija’ (włosy). Zatem, po dojściu do Therapy Center, przywitaniu się ze wszystkimi, przetańczeniu, poskakaniu i przegadaniu z dziećmi pięciu piosenek, zaczynał się poranny apel. O 8:30 czasu afrykańskiego (czyli zawsze później niż 8:30) wszyscy witali nowy dzień, śpiewając i – oczywiście – klaszcząc. Potem następowała krótka modlitwa, a jeden z Salezjanów lub animatorów mówił słówko poranne. Na zakończenie apelu cierpliwie stałyśmy na baczność, gdy całe Therapy Center odśpiewywało hymn państwowy i recytowało przysięgę. Później był czas na classes – lekcje angielskiego i matematyki.
Dla nas był to czas nijako wolny, bo okazało się, że niestety ciężko wytłumaczyć angielski po angielsku osobie, która angielskiego nie zna. Tak więc, odprowadzałyśmy dzieci do szkoły i „zaganiałyśmy” niechętnych uczniów na classes. Problem się zaczynał, gdy padało (co w porze deszczowej o dziwo jest całkiem częstym zjawiskiem). Jak myślicie, ile dzieci może zmieścić się pod parasolem lub kurtką przeciwdeszczową? Otóż WSZYSTKIE – jeśli się wsuną i utrzymają się na pozycji. Po odprowadzeniu młodych uczniów do klas, machając każdemu napotkanemu dziecku, wracałyśmy do Salesian House, żeby w tym czasie przygotować się do kolejnego punktu programu, czyli skillsów.
O skillsach można dużo napisać i tak też zrobię. Należy zacząć od tego, że skillsy były zajęciami dla dzieci i skupiały się na rozwijaniu pasji, odkrywaniu talentów i usprawnianiu nabytych już umiejętności. Ogólnie skillsy, według mnie, są naprawdę wspaniałą rzeczą. Nie tylko wspierają rozwój dzieci, ale przede wszystkim pokazują, że każdy z nas został obdarzony przez Boga jakimś talentem i nie powinno się go zakopywać, tylko mądrze go wykorzystywać. Każda z nas była odpowiedzialna za inne skillsy. Gosia, jako profesjonalna trenerka gimnastyki prowadziła swoją grupę młodych gimnastyków. Było to na pewno trudne zadanie, ponieważ opanowanie takiej ilości energii, jaka drzemie w chłopcach z Don Bosco, jest bardzo wymagające. Dzieci na zajęciach uczyły się podstawowych ruchów, figur, a oprócz tego uczyły się współpracy. Efekty pracy Gosi można było zobaczyć na przerwach lub na oratorium. Co chwilę któryś z chłopców chwalił się swoim wygimnastykowaniem i robił gwiazdę, przewrót i inne trudne rzeczy z jeszcze trudniejszymi nazwami. Na koniec Summer Campu najlepsi gimnastycy w Don Bosco Fambul przedstawili pokaz. Co uważa nasza trenerka na temat prowadzonych przez siebie zajęć?
„- Gosia jesteś dumna ze swoich gimnastyków?
– Jestem.”
Tyle wystarczy.
Hania, z kolei, współpracowała z dwoma animatorami i razem z nimi prowadziła modern dance, czyli taniec nowoczesny. Dzieci w Sierra Leone uwielbiają tańczyć, dlatego te zajęcia cieszyły się dużą popularnością. Ogólnie patrząc na pokaz, który przedstawiła grupa na koniec Summer Campu, mogę stwierdzić, że równie trudno, jak zatańczyć, było też pewnie zapamiętać te układy taneczne. Były to same skomplikowane, szybkie, precyzyjne ruchy. Jednak grupa poradziła sobie świetnie. Prócz tańców, w dość afrykańskich klimatach, za sprawą Hani udało się nauczyć dzieci układów bardziej charakterystycznych dla naszych, polskich stron.
Ja natomiast uczyłam gry na gitarze. Było to ogromne wyzwanie, bo okazało się, że z mój ambitny plan pracy kompletnie odstawał od rzeczywistości, jaką zastałam. Mimo trudności, udało się moim chłopakom opanować podstawy gry na gitarze i, co bardzo mnie cieszy, część z nich kontynuuje naukę mimo zakończonego Summer Campu. Po początkowych problemach ze współpracą, wzajemnymi sprzeczkami i  nadmiarem energii, moi gitarzyści ostatecznie wypracowali swój system nauki, a nawet sami zaczęli sobie pomagać i tłumaczyć nowe piosenki. Ostatecznie stworzyli zgraną ekipę, a na zakończeniu wystąpili, grając trzy piosenki. Czy jestem z nich dumna? Nawet nie wiecie jak bardzo.

Wracając do programu – po skillsach każdy House (*dom) miał osobne spotkanie, na którym omawiał temat dnia. Wcześniej o tym nie wspomniałam, ale 300 dzieci, które uczestniczyły w Summer Campie, było podzielone na 6 grup – 6 domów. Każda z nas była w innym domu: czerwonym, żółtym i niebieskim. Przez całą półkolonię domy rywalizowały między sobą (a do rywalizacji podchodzi się tu bardzo poważnie i jest to niesamowita siła napędowa całego towarzystwa) i zdobywały punkty za różne konkurencje. Jedną z możliwości zdobycia punktów było przedstawienie krótkiej scenki dotyczącej tematu dnia. Tematy były różne: od salezjańskich, misyjnych, po te dotyczące wspólnego funkcjonowania w społeczeństwie i rozwoju empatii. Zarówno dzieci, jak i animatorzy bardzo angażowali się w ten punkt programu i często mimo dużego zamieszania przy planowaniu scenariusza udawało się stworzyć naprawdę dobre dramy.
Ostatnim, a jednocześnie najbardziej emocjonującym, punktem programu były Gamesy. Były to różnego rodzaju gry, w których domy rywalizowały między sobą i walczyły o prowadzenie w rankingu. Muszę przyznać, że animatorzy przygotowujący konkurencje mieli naprawdę niesamowitą wyobraźnię. Moje ulubione gry: konkurs śmiania się, koszykówka (przy czym koszem jest wiadro na głowie któregoś z uczestników, który żeby było śmieszniej, stoi na krześle), zmieszczenie sześciu osób na jak najmniejszej przestrzeni i wiele, wiele innych – czasem dziwnych, ale na pewno zawsze kreatywnych. W zależności od pogody gry były przeprowadzane na zewnątrz, albo w holu Therapy Center. Osobiście bardziej lubiłam te przeprowadzane na boisku – więcej dzieci mogło w nich aktywnie uczestniczyć, a reszta mogła swobodnie biegać skakać i ogólnie dawać upust swojej niekończącej się energii.
Po Gamesach, każdy z domów przedstawiał przygotowaną wcześniej krótką dramę dotycząca tematu dnia. Zauważyłam, że jakkolwiek nie byłby temat najlepiej wytłumaczyć go grą aktorską. Dlatego też tak robiono. Dzieci razem z animatorami przygotowywały krótkie scenki, a na koniec dnia przedstawiały je, zmęczonej po całym dniu atrakcji, widowni. Po dramach Whitehouse (czyli skład animatorów odpowiedzialnych za gry i punktację) ogłaszał efekty rywalizacji. A rywalizacja przez cały Summer Camp była zacięta. Co chwilę w ogólnym harmiderze można było usłyszeć:
– Point collector! Plus one hundred to Greenhouse! (*plus sto punktów) – a odpowiedzią na to były rozradowane okrzyki.
Chociaż nie wszystkie komunikaty powodowały wybuch radości.
– Point collector! Minus twenty to all houses! (*minus dwadzieścia punktów dla wszystkich domów) – i od razu życie w Therapy Center zamierało.
Niestety często był to jedyny sposób, żeby opanować towarzystwo.
Wracając: codziennie, któryś z domów zostawał zwycięzcą (nie chcę się chwalić, ale zazwyczaj był to Redhouse (*czerwony dom), czyli mój dom). Po ogłoszeniu wyników pozostawało już tylko odprowadzenie dzieci, wysłuchanie tysięcy opowieści, których często i tak się nie rozumiało i powrót do Therapy Center na spotkanie dla animatorów. Animatorzy na Summer Campie byli wspaniali – bardzo entuzjastyczni, pozytywni młodzi ludzie. Co mnie bardzo zaskoczyło, angażowali się we wszystko na 120% – we wszystkie gry, tańce, rozmowy, zabawy, a w spotkanie animatorów szczególnie. Dlatego ewaluacja każdego dnia bardzo się przedłużała, ale był to dobry czas – można było nawiązać nowe relacje i posłuchać zawziętych dyskusji w języku krio.

I tak kończył się każdy dzień Summer Camp’u, a my zmęczone wracałyśmy do pokojów, żeby chwilę odpocząć, bo już o 18:00 zaczynało się samozwańcze oratorium i chłopcy biegli grać w piłkę, a my biegłyśmy razem z nimi (bez przesady z tym bieganiem, tak naprawdę szłyśmy). O 19 zaczynałyśmy wspólnotowe modlitwy wieczorne – brewiarz, a potem różaniec – albo chodzony, albo w kościele lub przy grocie z dziećmi.
Po modlitwach szłyśmy na kolację. W zależności od ilości wiadomości, trwała ona długo lub bardzo długo, ale był to genialny czas budowania relacji, uśmiechów, wysłuchiwania historii misjonarzy i zapoznawania się z okolicznymi ciekawostkami. Po kolacji była chwila dla rodzin, a potem już tylko do spania. Mniej więcej tak minął nam miesiąc. Chociaż były też dni znacząco różniące się od zwykłej codzienności. Na przykład cultural day, olympic games, back to school czy oldies but goodies. Były to dni tematyczne skupiające się na kulturze, sporcie czy historii.

A teraz, wracając do pytania: co mogę stwierdzić po przeżyciu tego miesiąca?

Nie było łatwo – byłyśmy zmęczone, przebodźcowane ciągłym hałasem i głośną muzyką, przegrzane od afrykańskiego upału, albo przemoczone od afrykańskiego deszczu. Jednak, przede wszystkim, byłyśmy szczęśliwe. Był to czas wielu nowych, ubogacających doświadczeń i tworzenia wspaniałych relacji. Rozmowy z dziećmi, z animatorami, spotkania, skillsy, tańce, zabawy, głupie miny czy inne śmiesznostki – wszystko to wywierało na mnie jakiś wpływ i tak small small (chcę się pochwalić, że znam takie wyrażenie z krio) zmieniało mnie i moje patrzenie na świat. Dzięki temu nauczyłam się, że czasem wystarczy po prostu BYĆ. Bóg już tą obecność dobrze wykorzysta i pomoże tworzyć naprawdę piękne rzeczy.