Moje osobiste doświadczenia z Sudanu Południowego
Długo się zastanawiałem, o czym mogę napisać, ponieważ nie miałem żadnej niesamowitej – w moim odczuciu – historii, która by poruszyła wszystkich, czy jakiegoś wydarzenia, które niesamowicie zmieniło moje życie. Zatem uznałem, że zamieszczę w skrócie całość moich doświadczeń i codzienności.

Nietypowe, pojedyncze doświadczenia.
Nie ma ich dużo, bo większość czasu jestem na placówce. A jak już idę ulicą, to wszyscy po drodze, albo krzyczą po arabsku: „Biali! BIALI!”, albo „How are you? Give me money please.” (*Jak się masz? Daj mi proszę jakieś pieniądze); albo prosto z mostu: „KAWAJIA (Biały człowiek) GIVE ME MONEY PLEASE!!”.

Z historii zabawnych, to część uczniów w szkole, którą zajmuję się Mateusz – gdy tylko tam przyjechałem – skojarzyła mój wygląd: brodę, kolor skóry i włosów – z figurą Pana Jezusa i kilkanaście przedszkolaków myślało, że Nim jestem.
Pierwszego dnia, po przylocie do Sudanu Południowego, na lotnisku, podczas kontroli przez bramę, zniknął mój plecak. Szukaliśmy go 15 minut, już powoli się poddając i zakładając najgorsze. Na szczęście okazało się, że zabrał go przypadkiem asystent osoby niewidomej, bo akurat przechodził w tym samym momencie przez bramkę i wygląd mojego plecaka pasował do opisu jego bagażu. Dzięki Bogu, wszystko było na miejscu.
Co robiłem, jakie projekty realizowałem
Na początku pomagałem jako nauczyciel zastępczy w szkole i uczyłem matematyki. Ale akurat w tej szkole nie było dla mnie dużo pracy i często, będąc tam cały dzień, miałem tylko jedno zastępstwo, a resztę czasu musiałem czekać. Dlatego zacząłem pomagać przy rzeczach typowo informatycznych, ponieważ zauważyłem, że tutaj bardzo mało osób się na tym zna i jestem w stanie zrobić dużo tego typu rzeczy „30 razy szybciej” (dosłownie, bo niektóre procesy zautomatyzowałem).
Pomagałem przy dokumentach szkoły, a później zająłem się tworzeniem strony internetowej, która docelowo ma być stroną dla wszystkich salezjańskich parafii w delegacji Sudanu Południowego i Północnego. Brzmi imponująco, bo Sudan + Sudan Południowy – razem – mają powierzchnię taką, jak połowa Europy, ale w zasadzie to jest tam tylko 6 parafii salezjańskich. Pracowałem również jako nauczyciel informatyki w „Don Bosco VTC Wau”. Jest to swojego rodzaju Technical Collage, ale poziom nauczania informatyki nie jest wysoki, ponieważ 98% uczniów, którzy tam przychodzą, nigdy wcześniej nie używali laptopa/komputera i uczą się po prostu podstawowych programów, tj: Word, Excel, PowerPoint i Publisher przez cały okres kursu.
W tej samej szkole również robiłem zdjęcia do dokumentów szkolnych, dla około 100 uczniów, później stworzyłem też dla nich prostą aplikację do automatycznego generowania legitymacji uczniów. Znalazłem też dla nich aplikację do generowania faktur i organizowania dokumentów.

Następnie, wspierałem też szkołę, do której skierowany był mój współwolontariusz Mateusz. Sprawdzałem sprawdziany, przygotowane przez nauczycieli w tamtej szkole i poprawiałem je pod względem merytorycznym. Pomagałem również przy przeprowadzaniu 300 egzaminów ustnych i około 1000 egzaminów pisemnych, wraz z całą kadrą nauczycielską oraz Mateuszem na czele, który zarządzał całym procesem egzaminacyjnym. Kadra tamtejszych nauczycieli niestety nie jest wykwalifikowana, ani przeszkolona. Zatrudnia się takich kandydatów, ponieważ szkoła jest przeznaczona dla biednych dzieci, głównie uchodźców z Sudanu Północnego i placówki nie stać na wykształcony personel.
Dzieci uczą się w naprawdę trudnych warunkach. Nie mają ławek, nie mają podręczników, czasami nawet zeszytów i przyborów. Siedzą na podłodze, w prowizorycznym budynku szkolnym z bambusa, który jest bardzo nieszczelny i jest dużo dziur w ścianach. Nauka jest w języku angielskim, podczas gdy oni znają tylko arabski. Uczą się odpowiedzi i jakichś konkretnych zdań na pamięć, nie wiedząc, co one znaczą. Dla przykładu: jest to bardzo częsty przypadek, że dziecko umie policzyć do 20tu, ale nie wie, co te słowa po angielsku oznaczają – nie jest w stanie powiedzieć ile to 5; nie jest w stanie tego zapisać, ani wskazać tej liczby; nie jest w stanie jej przeczytać, ale za to może pięknie wyrecytować wszystkie cyfry po kolei.
Dlatego Mateusz, od samego początku, starał się wprowadzać tam zmiany, poprawiające jakość tej edukacji.


W Wau jest dużo pracy i będę tam do końca misji. W szkole jestem do południa, a po południu, jeżeli tylko mogę, to chodzę pograć z dziećmi w piłkę w oratorium. Nie mam przydzielonych tam żadnych animacji, po prostu mogę przyjść i pograć. Oratorium funkcjonuje sprawnie beze mnie, ale będąc na miejscu chcę także wykorzystać te momenty i móc pobyć z nimi w prostych aktywnościach.