Niecodzienna Codzienność, czyli życie w Kazembe
Zambia (a raczej Republika Zambii) – 752 tysiące kilometrów kwadratowych, 20 milionów mieszkańców, klimat międzyzwrotnikowy, Zambezi i sławne Victoria Falls. Wszystkie te rzeczy można w tu znaleźć, ale dla mnie ten kraj to przede wszystkim olbrzymie odległości, kozy na drodze i krwawe zachody słońca. Piszę o tym, żeby pokazać, że nie ważne jak bardzo egzotyczny kierunek obierzemy, nasze doświadczenia będą opierały się na rzeczach przyziemnych. A jeśli spędzimy w danym miejscu wystarczająco dużo czasu, wpadniemy w rutynę. Właśnie o tej prozie dnia codziennego chciałbym dzisiaj opowiedzieć.
Żyjemy i służymy w Kazembe – zaskakująco dużej miejscowości niedaleko granicy z Kongo. Sama placówka też jest niemała i obejmuje dom wolontariuszy, oratorium, szkołę z internatem, szkołę stolarską, ogród, zagrodę dla kóz i kur, a tuż za płotem znajduje się kościół. Przestrzeń jest więc spora; sporo jest też pracy.
Dzień zaczynamy od Mszy świętej, potem śniadanie i „do roboty!”. A ta jest bardzo zróżnicowana – malowanie oratorium, katalogowanie zbiorów biblioteki, karczowanie chaszczy, a w końcu czyszczenie i formatowanie komputerów (od czasu do czasu trafi się też przerzucanie cegieł o 23:00). Następnie obiad, siesta i oratorium. Pod pewnymi względami jest to najtrudniejsze zadanie dnia (oratorium, nie siesta). W odróżnieniu do reszty prac, tutaj trzeba włożyć serce – im więcej, tym lepiej. Całe szczęście zachodzi zjawisko sprzężenia zwrotnego i im więcej damy – tym więcej dostaniemy. A naprawdę nie trzeba wiele, żeby zasłużyć na zbicie piątki, albo szczery śmiech dzieciaków.
Przez pierwsze kilka dni byłem trochę przytłoczony odmiennością Zambii jako takiej. Na to wrażenie składało się – między innymi – dość liberalne podejście do organizacji ruchu drogowego oraz tego, co jest koszem na śmieci, a co nie (wychodzi na to, że kanał burzowy koszem jest). Aczkolwiek, największą różnicą byli oczywiście ludzie – i nie chodzi tu tylko o kolor skóry czy język, ale przede wszystkim inny sposób bycia. I nie pomagał też fakt, że tak jak ja, nie mogłem się napatrzeć na otaczający mnie świat, tak świat też nie spuszczał ze mnie swoich czujnych oczu. W samej Lusace nie było jeszcze tak źle, tam „białych” trochę się przewija; co innego “na wiosce” – w Kazembe, w którym nawet po ponad miesiącu, ciągle jestem pewnego rodzaju nowością (nadal mnie zaskakuje, kiedy coraz to nowe twarze pytają się o moje imię – uświadamia mi to, jak wiele dzieciaków przewija się przez oratorium).
Niemniej, jeśli przebijemy się przez płaszczyk różnic kulturowych (oczywiście ten “kulturowy płaszczyk” ma bardzo duże znaczenie, tak dla tożsamości miejscowych, jak i interakcji z nimi, ale o tym może innym razem) i wydestylujemy samą esencję, to ujrzymy ludzi: uprzejmych, bezczelnych, nieśmiałych, zbyt śmiałych, cichych, głośnych, całkiem poukładanych i tych trochę zagubionych. Jednym słowem: cała paleta całkiem znajomych barw. Właśnie po ujrzeniu tej palety, mózg przechodzi na swojego rodzaju automat. Nie rozmawiasz już z obcym człowiekiem, w obcym mieście, w obcym kraju, ale ze spryciarzem, który chce sobie trochę dorobić na niedoświadczonym „Muzungu” (tak miejscowi nazywają białych ludzi). A spryciarzy i w Polsce nie brakuje, człowiek wie, jak sobie z nimi radzić.
Po wpadnięciu w wir codzienności, i przejściu z: “To Kazembe ma króla?!” na: “Trzeba iść po pomidory na market”, człowiek dochodzi do ciekawej konkluzji. Brzmi ona bardzo banalnie, niemniej jest prawdziwa i wcale budująca: Ludzie oddaleni od siebie nawet o tysiące kilometrów, w swojej istocie nie różnią się od siebie aż tak bardzo.