Dostrzec i zrozumieć

Najmłodsze państwo świata — Sudan Południowy — powstało w 2011 roku po dekadach  brutalnych konfliktów. Choć kraj odzyskał niepodległość, wciąż nie osiągnął stabilności. Większość mieszkańców żyje za mniej niż 10 złotych dziennie, a dostęp do podstawowych usług, takich jak opieka zdrowotna, edukacja czy czysta woda, pozostaje luksusem. 
Sudan Południowy jest głęboko podzielony — nie tylko przez historię i politykę, ale także przez  przynależność plemienną, język, status społeczny i region zamieszkania. Granice między grupami są widoczne na każdym kroku: w szkołach, na ulicach, a nawet w kościołach. To kraj ogromnych wyzwań — ale też niewyczerpanej siły ludzi, którzy w tych warunkach, codziennie walczą o jutro. 

Gdy problemów jest tak wiele, trudno ich nie dostrzegać. 

Kilka kroków wystarczy, by natrafić na ślady biedy, porzucenia i bezsilności. Nie ma tu jasno wytyczonych ścieżek, ani gotowych przepisów na życie. Każdy próbuje odnaleźć siebie, często po omacku, chwytając się każdej okazji, którą podsunie los. 

Nie da się rozplątać tego kłębka trudności bez sięgnięcia do samego początku — do dzieci. To  właśnie od nich musi zacząć się każda prawdziwa zmiana. Tego niełatwego zadania podejmują się Salezjanie, budując przestrzeń, w której młodzi mogą choć na chwilę poczuć się bezpiecznie i zauważeni. To dla nich bardzo ważne, aby ktoś pokazał im, że chce się o nich zatroszczyć.
Tutejsze problemy są złożone. Szybkie i proste rozwiązania bywają złudne — czasem naprawiają jedno, a przy okazji komplikują inne sprawy. Potrzeba cierpliwości, mądrości i pokory, by  naprawdę coś zmienić. 
Rozmawiając pewnego dnia z ojcem Francisem — który wiele lat temu przyjechał do Wau jako  wolontariusz, a niedawno wrócił tu jako ksiądz — doszliśmy do kilku ważnych wniosków.  Najważniejszy z nich jest prosty, choć trudny do zrealizowania: nie ma innej drogi niż ta, która wymaga poświęceń i ogromnego zaangażowania. Wielu młodych ludzi wybiera pozornie łatwe rozwiązania — porzuca szkołę i dom, szukając niezależności na ulicy. To droga, która może wydawać się wolnością, ale w rzeczywistości  prowadzi do samotności, zagrożeń i jeszcze większego zagubienia. W świecie, gdzie brakuje wsparcia i stabilnych wzorców, łatwo się pogubić. Dlatego tak ważne jest, by młodzi zrozumieli, że to właśnie wytrwałość, edukacja i codzienny wysiłek są kluczem do lepszej przyszłości.  

Trzeba nauczyć ich inwestowania – w siebie, w swoje możliwości.  

Ojciec Francis mówi, że przez ostatnich 10 lat wiele się zmieniło. Kiedyś trzeba było zachęcać ludzi darmowymi posiłkami, żeby chcieli podjąć się nauki zawodu. Dziś, w salezjańskim centrum zawodowym w Wau, ustawiają się kolejki chętnych. Młodzi ludzie wynoszą stamtąd nie tylko konkretne umiejętności, ale też wiarę w to, że mają wpływ na swoją przyszłość. To daje nadzieję, że coś naprawdę się zmienia. 


Potrzebna jest mądra pomoc – pomoc oparta na miłości i szacunku. 

Praca w szkole podstawowej pozwala mi lepiej zrozumieć lokalne realia. Ucząc matematyki, widzę, że oprócz braków w wiedzy, dzieci zmagają się z trudnościami w komunikacji — zarówno z  nauczycielami, jak i rówieśnikami. Prowadzenie lekcji bywa wyzwaniem, gdy większość uczniów nie rozumie podstawowych poleceń w języku angielskim, który jest tu językiem urzędowym i  wykładowym.  
Wiele dzieci trafiło do Sudanu Południowego stosunkowo niedawno, jako migranci z północy posługują się głównie językiem arabskim. Nigdy nie zapomnę ich błagalnych głosów: Arabic teacher! Please, no English, Arabic please! — prosili o tłumaczenie w języku, który rozumieją. Niestety, z oczywistych powodów nie mogłem spełnić ich prośby. 
To doświadczenie jeszcze mocniej uświadamia, jak ważne jest poświęcenie szczególnej uwagi potrzebom tych dzieci — to właśnie zaangażowanie i wsparcie mogą otworzyć przed nimi lepszą przyszłość.

Nie przyjechałem tu, by z bambusowych szałasów stworzyć szkołę na miarę europejskich  standardów. Mimo to, dzięki wsparciu naszych darczyńców, powoli, krok po kroku, zmierzamy w  stronę lepszych warunków. Już wybudowano dwie sale lekcyjne, a na moich oczach z dnia na dzień rośnie nowa sala oraz biuro szkoły — symbol nadziei, który razem budujemy.  

Więc po co tu jestem? Myślę, że dobrze rozumiem swoje zadanie. Oprócz prowadzenia zajęć matematyki chcę pokazać nauczycielom i dzieciom, że można żyć inaczej. Zwrócić uwagę na problemy, których często nie widzą, bo są przyzwyczajeni do pewnego sposobu myślenia. Chcę ich zainspirować i zasugerować rozwiązania — które z naszej, europejskiej perspektywy mogą wydawać się proste, ale dla lokalnej społeczności są dużym wyzwaniem. Na przykład, aby uniknąć przerw w wydawaniu posiłków dla dzieci, drewno na opał trzeba zamówić z wyprzedzeniem — najlepiej dzień wcześniej, zanim się skończy, a nie dopiero w momencie, gdy go zabraknie. Podobnie szkolna biblioteczka powinna być otwarta dla każdego. Do wszystkich problemów, które tutaj napotykam, staram się podchodzić z pokorą i cierpliwością, zdając sobie sprawę, że zmiany wymagają czasu oraz wspólnego zaangażowania całej społeczności.  

Prawdziwe piękno tkwi w drugim człowieku

W tym kraju pełnym kontrastów codziennie coś mnie zaskakuje. Każdy dzień odsłania przede mną nowe tajemnice tego niezwykłego świata. Najpiękniejsi tutaj są jednak ludzie — to oni tworzą silną wspólnotę i w nich tkwi nadzieja na lepszą przyszłość tego młodego kraju. Potrzebujemy tu ludzi, którzy nie tylko będą świadomi wyzwań, ale też będą gotowi działać — takich, którzy z determinacją i odwagą poprowadzą innych ku zmianom, dając nadzieję na lepsze jutro dla całej społeczności.