Niezwykła historia zwykłego życia
To jest historia niezwykła… Niezwykła historia zwykłego życia. Może być inspiracją dla każdego z nas… Do czego? Do tego, by otworzyć oczy na to co jest najbliżej, a czego często nie dostrzegamy. Do tego, by zauważyć, że cuda się dzieją… tu i teraz.
Drodzy przyjaciele Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego!
Mam na imię Joseph i pochodzę z Kenii, mieszkam w stolicy tego kraju – Nairobi. Piszę ten list, aby podzielić się z Wami moją niezwykłą historią. Ciąg następujących po sobie zdarzeń całkowicie zmienił moje życie i sprawił, że jestem teraz w miejscu, w którym nigdy bym się nie spodziewał, że będę. Ale zacznijmy od początku…
Jest rok 1997, to właśnie wtedy moje życie zostaje wywrócone do góry nogami, kiedy to ulegam poważnemu wypadkowi samochodowemu. Lekarze nie dają mi większych szans na przeżycie. Trzy dni przebywam w śpiączce w stanie ciężkim. Rodzina jest załamana. Po przebudzeniu niewiele pamiętam z tego, co się stało. Całe ciało mnie boli, mam pełno ran i szwów. Lekarz przynosi okropne wieści – prawdopodobnie do końca życia będę się poruszał na wózku. Mój świat zawala się w jednej sekundzie. Jest to czas, kiedy intensywnie wołam do Boga. Zapraszam do wspólnej modlitwy innych pacjentów szpitala. Wierzę, że Bóg może mnie uzdrowić. Mam wielką determinację w sobie. Mimo bólu, nie wsiadam na wózek, lecz próbuję chodzić o kulach. Moje pierwsze kroki kończą się niezliczoną ilością upadków, zupełnie jak Jezus na drodze krzyżowej… Nie ustaję jednak w modlitwie.
Z Bożą pomocą coraz szybciej wracam do sprawności, mimo że wydawało się to z medycznego punktu widzenia nie możliwe. Wtedy zaczynam się zastanawiać nad tym, jak mogę się odwdzięczyć Stwórcy za dar uzdrowienia. I nagle przychodzi myśl, że mam się zatroszczyć o dzieci żyjące na ulicach mojego miasta, które tak często mijałem podczas moich wędrówek, ucząc się na nowo chodzić. Pewnego dnia nawiązuję rozmowę z chłopcami, których spotkałem na ulicy. Dowiaduję się, że nie chodzą do szkoły, bo ich rodziny nie mają na to pieniędzy. Bez zastanowienia proponuję, że nauczę ich czytać i pisać. Tak oto, w niepozorny sposób, zaczyna się moja przygoda z wychowywaniem chłopców z ulicy. Przygoda, a raczej misja, która trwa do dziś.
Na początku mam trzech podopiecznych, ale każdego dnia dołączają nowe osoby. Brakuje nam pomieszczenia do nauki, więc wszystko odbywa się w warunkach polowych, siedząc na kamieniach, czy to w słońcu, czy w deszczu. Ciągle proszę Pana, aby kierował tym powstającym dziełem. Pewnego dnia opowiadam znajomym, o tym, czym się zajmuję. Są pod wielkim wrażeniem. Jedna kobieta udostępnia nam pokój do nauki. Z czasem inni ludzie oferują, że zapłacą za wynajem większego lokum. Jedna siostra zakonna zaczyna uczyć katechezy. Kolejno dołączają nowi wolontariusze, chętni do pomocy dzieciakom. Wszystko dzieje się w zawrotnym tempie. Aż sam nie dowierzam. Pan Bóg nam błogosławi.
Pewnego dnia na mojej drodze zupełnie przypadkiem pojawia się ksiądz Henryk – salezjanin z Polski, który prowadzi dom dla chłopców ulicy. Dużo rozmawiamy, opowiadam mu o mojej działalności i nawiązujemy współpracę. Ksiądz Henryk staje się naszą dobrą duszą. Często przywozi nam jedzenie. Wspiera w każdy możliwy sposób. Kilku chłopców przyjmuje do szkoły salezjańskiej, innym płaci za czesne, kupuje artykuły szkolne. A wszystko to dzięki wsparciu płynącemu z Polski od Was – darczyńców Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego, którzy uczestniczą w projekcie Adopcji Miłości.
Drodzy, pragnę z serca wyrazić wdzięczność za Waszą pomoc. Wszystko to, co robimy dla chłopców, robimy w Waszym imieniu. Jesteśmy Waszymi rękami tu, na tych ruchliwych ulicach Nairobi. Modlimy się za Was każdego dnia. To dzięki Wam, wielu chłopców ukończyło szkoły, zdobyło wykształcenie, ruszyło w dorosłe życie z bagażem nie tylko złych doświadczeń, ale i tych pięknych, dających siłę do tego, by walczyć o swoją przyszłość.
Pozdrawiam Was drodzy z Kenii!
Piękne jest to, co dla nas robicie!
Niech Wam Bóg błogosławi!
Z modlitwą, Joseph