…mój rachunek sumienia.

Słowo MISJA od zawsze kojarzyło mi się z czymś bardzo wielkim, wyjątkowym, nieosiągalnym i tylko dla „wybrańców”…

Moje powołanie misyjne zaczęło się bardzo „na odwrót”. Nigdy – sama z siebie – nie myślałam o wyjeździe. Pan Bóg poukładał to tak, że najpierw zaczęłam pracować jako koordynator wolontariuszy w SWM. Na sugestie, że mogłabym wyjechać, reagowałam negatywnie. Uważałam, że mogę innym pomagać formować się do wyjazdu, ale sam wyjazd nie jest dla mnie. Potem pojawiło się we mnie założenie, że jeżeli mam wyjechać, to tylko z pragnienia serca, a nie dlatego, ze pracuję z wolontariuszami i w związku z tym „wypadałoby”, abym miała doświadczenie misyjne. Dziś wiem, że Pan Bóg bardzo powoli drążył we mnie temat. Coś zaczęło się tlić i zapłonęło, i w końcu pojawiła się myśl: chcę jechać.
Udało się wybrać czas i miejsce. 7 tygodni…to niedługo, ale póki co na tyle mogłam opuścić moją pracę i moje życie tu w Polsce… Wyjechałyśmy we trzy do Zambii – na misję w Kazembe.

Kazembe to afrykańska wieś. Rządzi nią król wioski. Już samo to sformułowanie brzmiało dla mnie dosyć niewyobrażalnie – jak na dzisiejsze czasy. Na głównej ulicy jest rondo, na którego środku stoi pomnik „czifu” – bo tak go nazywają miejscowi. Centrum stanowi market – z warzywami, owocami, mięsem, kurami, jakąś chemią, chitengami (typowe afrykańskie chusty dla kobiet)… jest krawiec, jest fryzjer, jest młyn i metalowe budki, gdzie można kupić karty zambijskiej telefonii komórkowej… i zawsze – gdzieś pomiędzy wszystkim są kozy. Przywiązane bądź „wolno-chodzące”. 


Misja salezjańska to Parafia, Oratorium dla Dzieci i Młodzieży oraz Szkoła Stolarska. Ponadto, jest też 11 kaplic dojazdowych. Ks. Jacek Garus SDB – misjonarz z Polski, który tam posługuje, przedstawił nam konkretny plan całego tygodnia. Msza święta o 6:30. Do południa czas na prace porządkowe wszelkiego rodzaju – malowanie, sprzątanie, przygotowywanie zajęć czy warsztatów, podział obowiązków. Po obiedzie chwila wolnego dla siebie i o 14:30 zaczyna się Oratorium. Tam jesteśmy do 17:30. Potem, o 18:30 różaniec z całą wspólnotą Salezjanów. Słówko na dobranoc i wieczorny odpoczynek. Mamy zawsze wolne niedziele. Jest czas na pracę i na modlitwę. To tak w skrócie. Żeby nadać kontekst miejsca i okoliczności.


Od początku pobytu w Zambii miałam wrażenie, że godziny płyną tam jakoś wolniej… a z drugiej strony dookoła działo się tak dużo. W pierwszym momencie, zaraz po przyjeździe, czułam się trochę przytłoczona totalnie inną rzeczywistością, która mnie otacza. Codziennie dowiadywałam się czegoś nowego – o miejscowej ludności, o pracy z dziećmi w oratorium, o bieżących potrzebach, o kulturze tego miejsca. Z dnia na dzień starałam się odnajdywać w powierzonych obowiązkach.
Z czasem, przyzwyczaiłam się, że idąc ulicą do Oratorium czy na market, z oddali słyszałam: „Marija! Marija!”. Dzieci krzyczały moje imię, bo albo chciały mi pomachać, albo biegły już w moją stronę. Normalnym się stało, że gdziekolwiek byłam w Kazembe, nagle podbiegały do mnie, łapały mnie za rękę i szliśmy dalej razem. Gdy siadałam, dziewczynki (zdarzało się, że chłopcy też) od razu zaczynały czesać moje włosy, robić warkoczyki, albo głaskać. Gdy stałam, a w oddali słychać było „Zambian music” (muzyka jest nieodłącznym elementem życia w Oratorium i słuchają jej bardzo głośno), to od razu zaczynaliśmy tańczyć. To tylko wycinki naszej codzienności. Bardzo zwykłe – małe momenty. W Oratorium prowadziliśmy różne aktywności, gry i zabawy, animacje, tańce…i po prostu „byliśmy”. Muszę przyznać, że taka codzienność na początku mnie bardzo ujmowała. Z czasem jednak zaczęłam sobie zadawać pytanie: Czy to nie jest za zwykłe? Czy to ma sens i przyniesie w ogóle jakiś efekt, owoc? Czy tak powinna wyglądać misja? Może robię coś źle, za mało…?

Pamiętam, że kiedyś – w dużym zmęczeniu i braku zrozumienia – siedziałam w Oratorium. Przy mnie stał mały chłopiec – Abel. Miał około 5-6 lat i był moim częstym towarzyszem – lubił siadać na moich kolanach, brać mnie za rękę i ze mną chodzić; czasami prosił, żebym z nim w coś zagrała. W tamtym momencie położyłam dłoń na Jego małym policzku, i pomyślałam: Panie Jezu, po co ja jestem dla Niego? Czy to w ogóle dla Niego ważne? Czy to wpłynie na Jego życie? Jak w ogóle będzie wyglądało Jego życie? Czy będziemy mogli się jeszcze spotkać?
…fala pytań do Boga w ciągu kilkunastu sekund. I przyszła odpowiedź… Abel po prostu zrobił to samo – położył swoją małą dłoń na moim policzku i popatrzył mi w oczy, jakby chciał powiedzieć, że to nie ja jestem tu dla niego – ale on dla mnie…
I jednocześnie dał mi to, co mógł najbardziej – siebie – w tym małym geście miłości.


Czym dla mnie była ta misja?

Moim rachunkiem sumienia.
Odkrywaniem mojej mocy i niemocy. Siły charakteru i tego, że ciężko się wyzbyć własnego myślenia w innym kontekście kulturowym, w totalnie innych okolicznościach życia; że niekiedy brak pokory we współpracy z innymi wolontariuszami, misjonarzem, czy miejscową ludnością; że trudno przyjąć brak wygód i wcale nie jest tak łatwo mierzyć się z brudem czy nieprzyjemnym zapachem dzieci i otoczenia… Zastanowieniem się nad tym, jak wiele mam – rodzinę i przyjaciół, ciepłe mieszkanie, pracę, stały dostęp do wody, prądu, jedzenia, możliwości rozwoju moich pasji i talentów… Przypomnieniem, że właśnie wtedy, kiedy najbardziej czuję się słaba – to Jezus działa najmocniej i wtedy najbardziej mogę odczuć, że nic nie dzieje się moją mocą…
Co mnie uderza w tym, co przeżyłam? Że patrząc ludzkim okiem, był to czas zwykły do bólu – bo bawiłam się z dziećmi, malowałam z nimi rysunki, prowadziłam dla nich zabawy, malowałam ściany i okna, podlewałam ogród, gotowałam… ale z perspektywy duchowej był to czas niesamowitego doświadczenia miłości – uświęcenia w pracy, napojenia w upale, utulenia w niezrozumieniu… Zauważenia Jezusa w Tych, którzy są bezbronni, szukają uwagi czasami w najbardziej denerwujący sposób jaki się tylko da, są brudni i zaniedbani…


Słowo MISJA od zawsze kojarzyło mi się z czymś bardzo wielkim, wyjątkowym, nieosiągalnym i tylko dla „wybrańców”… Dziś wiem, że to zadanie, które Pan Jezus może powierzyć każdemu, bo nie dzieje się to naszą siłą, ale łaską Bożej miłości…

fot. Patrycja Szczygieł-Jastrzębska