Boliwia (Kami): Są naprawdę WIELCY

Kto? Misjonarze. Kończy się miesiąc misyjny, czas szczególnie poświęcony dziełu misyjnemu Kościoła. Czas, w którym bardziej niż zwykle przyglądamy się działalności misyjnej, modlimy się więcej za osoby posługujące na misjach. Chciałbym dziś napisać kilka słów o tych ludziach. Dla przeciętnego Kowalskiego słowo „misjonarz” kojarzy się z księdzem, który postanowił zamiast…

Kto? Misjonarze. Kończy się miesiąc misyjny, czas szczególnie poświęcony dziełu misyjnemu Kościoła. Czas, w którym bardziej niż zwykle przyglądamy się działalności misyjnej, modlimy się więcej za osoby posługujące na misjach. Chciałbym dziś napisać kilka słów o tych ludziach.

Dla przeciętnego Kowalskiego słowo „misjonarz” kojarzy się z księdzem, który postanowił zamiast pracować w pobliżu swojego miejsca zamieszkania, wybrać obcy kraj jako miejsce posługi. I w rzeczywistości taki Kowalski nie mija się z prawdą, sam zresztą do czasu wyjazdu do Boliwii tak myślałem. Pobyt tutaj jednak zmienił moje postrzeganie misjonarzy. Coraz bardziej zaczynam dostrzegać, jak wielkie jest poświęcenie tych ludzi, jak wiele wyrzeczeń niesie ze sobą ich praca.

Po pierwsze muszą mieć rzeczywiste powołanie do tego typu posługi. Dlaczego? By mieć siłę znieść zmianę sporej części swojego życia. Zmianie ulega miejsce zamieszkania, klimat, język, warunki życiowe (przeważnie na dużo trudniejsze), całe otoczenie ludzi, kultura. Muszą opuścić najbliższych. I to wszystko ze świadomością, że taki stan rzeczy utrzyma się przynajmniej przez kilka lat. Po przyjeździe do Boliwii zdałem sobie sprawę z tego, jak duża i trudna to zmiana.

Po drugie muszą mieć naprawdę dużo sił fizycznych, psychicznych i duchowych, by sprostać ciężkiej pracy misyjnej. Muszą być często do dyspozycji miejscowej ludności, znosić trudne podróże, choroby.

Dobry Bóg zechciał mi zrekompensować w pewien sposób trudy pobytu na tej misji możliwością poznania i współpracy z dwójką wspaniałych misjonarzy. Mowa tu o włoskich, salezjańskich kapłanach, którym misja w Kami zawdzięcza swoje istnienie. Ojciec Serafino i ojciec Miquel na tutejszej misji spędzili ponad połowę swojego życia, a obaj są już po 70-tce. Za czasu i dzięki ich działalności tutaj kompleks górskich, górniczych wiosek, w którym życie musiało być początkowo ekstremalnie trudne, przerodził się w miejsce naprawdę nadające się do normalnego życia. Przy dużym ich udziale wzniesiono szpital, szkołę, kościół, internat, halę sportową, warsztaty mechaniczno-elektryczne, kino, zaporę wodną, dwie elektrownie (trzecia jest na ukończeniu), hodowlę zwierząt gospodarczych, z których parafia produkuje wyroby mleczarskie i mięsne (na użytek własny i na handel), otwarto szkołę techniczną umożliwiającą miejscowej młodzieży zdobycie praktycznych umiejętności zawodowych. Parafia zatrudnia mniej więcej 30 pracowników (obsługa warsztatów, szkoły technicznej, wytwórni produktów spożywczych, elektrowni/zapory). To wszystko musi być pod stałą kontrolą tych dwóch Włochów, którzy oprócz tego spełniają zwykłą, codzienną pracę kapłanów, w tym głoszenie słowa Bożego, sprawowanie sakramentów (i przygotowanie do nich) etc. Są pełni szacunku i przyjaźni do miejscowej ludności, zwłaszcza do dzieci i młodzieży.

Poświęcili bardzo dużo. Zostawili swoją ojczyznę, rodzinę, otoczenie. Wyruszyli by poprzez pomoc boliwijskiej ludności po cichu i bezpośrednio głosić Ewangelię.

 

Takich ludzi potrzebuje Bóg. To się nazywa radykalne Chrześcijaństwo, którego namiastkę mogę poczuć sam, towarzysząc tym wspaniałym ludziom w czasie tej misji.

„Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo”

Mt 9, 37-38