Boliwia: PARADA TUPIZA ;)

 Któż by przypuszczał, że w ostatnią sobotę minął miesiąc odkąd jesteśmy w Boliwii. Czas pędzi nieubłaganie. Każdy kolejny dzień to lekcja o naszych małych przyjaciołach i nas samych. Tutaj nudy nie uświadczysz, nasz drogi czytelniku… Każda doba wypełniona jest po brzegi wyzwaniami, nowościami oraz różnorodnością. A tak właśnie wyglądały pierwsze…

 Któż by przypuszczał, że w ostatnią sobotę minął miesiąc odkąd jesteśmy w Boliwii. Czas pędzi nieubłaganie. Każdy kolejny dzień to lekcja o naszych małych przyjaciołach i nas samych. Tutaj nudy nie uświadczysz, nasz drogi czytelniku… Każda doba wypełniona jest po brzegi wyzwaniami, nowościami oraz różnorodnością. A tak właśnie wyglądały pierwsze chwile w Domu Dziecka w Tupizie…
Na miejscu przywiał nas chłodny poranek, który zniknął szybciej, niż się pojawił. W momencie, gdy otworzyły się drzwi placówki było tylko cieplej. Co ja mówię… gorąco. Magiczny sygnał otwieranej bramy i nagle wszystkie dzieci znalazły się przy nas. Wyobraźcie sobie biegnące w waszym kierunku dzieci- krzyczące, roześmiane, tulące się. Żywiołowość, radość, bezpretensjonalność. Świergot podobny do tego wiosennego, gdy zielone korony drzew tętnią życiem zamieszkujących w nich ptaków. Nasi młodzi pomocnicy, choć często postury zbliżonej do wielkości walizki, z zapałem godnym podziwu chwytali za bagaże, pomagając nam w ten sposób dotrzeć do pokoi.
Przejście przez próg niczym u nowożeńców wprowadziło nas stanowczo w realia nowej rzeczywistości. Porównanie nie jest przypadkowe… Mało brakowało a ta siła dziecięcej  radości  i niespożyta energia poniosłaby nas przez bramę ośrodka jak fala na swoim grzbiecie. Poza tym o dziwo jedno z pierwszych pytań, jakie się pojawiło, zaspokajało ciekawość w zakresie naszego stanu cywilnego. Opcje były dwie: albo siostra zakonna, albo mężatka… Tym razem pudło! – dzieci się nie poddają, co jakiś czas głowią się nad lokalnymi kandydatami na narzeczonego.
Skoro dzieci – to szkoła i zabawa. Dokładnie w takiej kolejności. Dni robocze są ściśle określone pod względem harmonogramu, jednak nie można odmówić im zróżnicowania. Tutaj naprawdę ciągle coś się dzieje.
Dzień zaczyna się mszą świętą, śniadaniem i przygotowaniami do szkoły. Skoro świt starsze dziewczęta pomagają młodszym dzieciom w tych czynnościach- nadzorują poranne porządki w pokojach i plotą najróżniejsze warkocze, które wytrzymają dziecięcą aktywność dnia powszedniego. Gdy nasze licealistki udają się do swojej szkoły, najmłodsi zaczynają szaleńczy bieg w poszukiwaniu plecaków i ich zawartości, które zazwyczaj mają inną lokalizację. Po licznych ponagleniach, współposzukiwaniach i „pracach wykończeniowych” (loteria dnia codziennego- raz , dwa, trzy – mundurek na lewą stronę założyłeś TY! ) udajemy się wspólnie do kaplicy na krótką modlitwę. Po tej chwili ciszy, która aż świszczy w uszach przychodzi czas na drugie śniadanie do szkoły. Tworzy się kolejka buzująca ekscytacją oczekiwania- w grę wchodzą słodycze na szkolne przerwy. Jednak nie ma tak łatwo- warunek jest jeden- czysta buzia i ręce to przepustka do słodyczy.
Wspominałam już o niespożytej energii… Wyruszamy w drogę. Moja grupa to piętnaścioro dzieci od 1 do 6 klasy szkoły podstawowej. Każde z nich ma odmienne predyspozycje, charaktery i tempo marszu. Droga do szkoły, wbrew wyobrażeniom, może być prawdziwą wyprawą. Gdy jedni rwą się do drogi, inni szukają jeszcze skarpetek. Poniedziałkowe losowanie współtowarzysza drogi na te odległe wyprawy i powroty pozwala nam dotrzeć do szkoły we względnie spójnym marszu. Bywają chwilę, gdy wracam i w szaleńczym tańcu celebruję małe sukcesy, bywają też i takie, gdy mam ochotę stać się niewidzialna. Jeszcze wiele pracy przed nami ale postęp jest widoczny. I właśnie te małe kroczki są dalszą motywacją. Gdy ja wracam, Daria udaje się w drogę z naszymi dwoma przedszkolakami.
W czasie, gdy dzieci szaleją w szkolnych ławkach, my mamy „czas wolny”.  Szybka kawa w ciszy i przechodzimy do zakupów, porządków, prania i kuchennych rewolucji. Czasami mamy możliwość pojawić się na kawie na plebani u naszych zaprzyjaźnionych księży. Ale cóż to za kuchenne rewolucje? Kuchnia wolontariuszy to prawdziwa wyspa skarbów dla naszych małych milusińskich… Jest to miejsce kryjące w każdym możliwym zakamarku obiekty westchnień najmłodszych – słodkości, kredki, pisaki, ozdoby, książki i zabawki. Spora przestrzeń wypełniona licznymi szafkami i regałami to cel naszych porządkowych ekspedycji, z każdą kolejną próbą porządkowania odkrywamy niezliczone skarby. Jeszcze kilka poranków i nasza kuchenna misja będzie zakończona sukcesem.
Okryte kurzem ruszamy, by odebrać dzieci ze szkół. Organizacja jest tu kluczowa, bowiem 25 dzieci uczęszcza do 4 różnych placówek. Przedszkole i szkoła podstawowa  to codzienne wyzwania. Najstarsze dziewczęta nie wymagają pomocy w tak szerokim zakresie. Cieszy nas ich samodzielność i opieka sprawowana nad młodszymi. Ot model wychowawczy Jana Bosko. Jednak pozostajemy w stałej łączności (któż by pomyślał, że potrzeby starszych dziewczyn pozwolą odkryć zdolności manualne  w  rysowaniu). Rysunki są tu na porządku dziennym na każdym szczeblu edukacji- zeszyt, który nie posiada ozdobników, to żaden zeszyt. W godzinach popołudniowych wyruszamy także na szkolny szlak z naszą podopieczną, która udaje się do innej placówki.
Taka to właśnie rutyna dnia codziennego. Po powrocie na placówkę w zależności od dnia tygodnia dzieci uskuteczniają drobne pranie bądź udają się do kąpieli. Przechodzimy do tej części dnia, gdy obowiązki szkolne ściśle przeplatają się z posiłkami. Maraton zaczynamy obiadem, po którym następuje czas na prace domowe- rozpiętość czasowa od 14 do 21. Kopiowanie, wycinanie z gazet, układanie zdań, działania matematyczne, kaligrafia w połączeniu z różnym stopniem zaangażowania dzieci we wspólną realizację prac domowych sprawia, że na koniec dnia każde z nas odczuwa podwójną grawitację w obszarze łóżka. Zasada jest prosta: kto skończy wcześniej, może relaksować się kolorowaniem bądź zabawą na powietrzu.
Gdy przychodzi piątek, każdy łapie głębszy oddech  i cieszy się słońcem. A aktywności mamy sporo. Za nami wyprawy do cyrku, wspólne zwiedzanie ciekawszych  lokalizacji naszej miejscowości i okolic a także wspólne celebrowanie chrztu jednaj z naszych podopiecznych.
Obraz mówi więcej niż tysiąc słów, zapraszam zatem do naszej małej galerii:
Jednym z pierwszych wspólnych wyjść było miejsce zwane Corazón de Jesús. Jest to wzniesienie z pomnikiem, które sprawuje jednocześnie funkcję punktu widokowego, pozwalające cieszyć się panoramą naszej miejscowości. U stóp wzniesienia mamy oczywiście mały plac zabaw, gdzie można spożytkować energię ;)
 Skoro wzniesienia, robimy krok wyżej i udajemy się do miejsca zwanego „Puerta de diablo”- górskie wyprawy nawet dla najmłodszych nie są tu niczym niezwykłym.  Na tym górskim szlaku mogliśmy sprawdzić swoją kondycję ale także uczyć się współpracy podczas wspinaczki.
Po górskich wyprawach przyszedł czas na wspólne celebrowanie. Okazja była nadzwyczajna, bowiem mówimy o sakramencie chrztu naszej Juliany. Biała sukienka, msza w koście (chrzczonych było kilkadziesiąt osób) a po tych pięknych chwilach wystawna  kolacja i tańce do północy.
Wspólne skakanie na skakance, bieganie, przygotowywanie polskich specjałów czy konkursy malowania kredą to nasze małe weekendowe aktywności, które ściśle przeplatają się z obowiązkami dnia codziennego niczym silny splot rozmaitych warkoczy noszonych przez tutejsze dziewczęta. Dzień zdaje się być za krótki, kiedy spędzamy go z naszymi urwisami ;).

 

Minął już miesiąc, a my nieustannie uczymy się siebie wzajemnie, wciąż odkrywamy coś nowego i wdrażamy  w realia. Nie jest to łatwe, gdy wciąż przyswajamy język, ale dzięki temu bywa jeszcze weselej… ;)
 Hasta pronto!