Boliwia, Tupiza: Kuchnia, zadania i wyzwania

Zawsze się zastanawiałam, dlaczego w SWMie wszyscy powtarzali, że na misjach jest trudno. Że potrzeba dużo modlitwy, bo wykonywanie codziennych obowiązków dużo kosztuje. No bo ostatecznie: zazwyczaj do tych obowiązków należą zwykłe proste czynności, często dużo bardziej prozaiczne, niż można sobie wyobrazić. Ale odpowiedź dostałam natychmiast po pojawieniu się na…

Zawsze się zastanawiałam, dlaczego w SWMie wszyscy powtarzali, że na misjach jest trudno. Że potrzeba dużo modlitwy, bo wykonywanie codziennych obowiązków dużo kosztuje. No bo ostatecznie: zazwyczaj do tych obowiązków należą zwykłe proste czynności, często dużo bardziej prozaiczne, niż można sobie wyobrazić. Ale odpowiedź dostałam natychmiast po pojawieniu się na placówce – bo już samo przekroczenie bramy okazało się nie lada wyzwaniem.

Każda z nas, ja i Marlena, przyjechała do Tupizy z dwoma wielkimi i ciężkimi walizkami i z dużym plecakiem (też wcale nie takim lekkim). I choć była z nami siostra Arminda, która pracuje tutaj na placówce, wcale nie było łatwo dotransportować się z dworca do hogaru (hiszp. dom), nawet z pomocą taksówkarza. Jednak prawdziwe wyzwanie czekało na nas za bramą – a konkretnie, były to wszystkie dzieci, do których przyjechałyśmy. Nie udało nam się przestawić walizek z chodnika do środka, a każda z nas była obwieszona mniej więcej siódemką dzieci, z których każde chciało od razu wiedzieć, jak mamy na imię, ile mamy lat i czy mamy męża (trzy najważniejsze pytania na dzień dobry). I każde oczekiwało odpowiedzi, a pozostałe biegały wokół i wykrzykiwały te same pytania, żeby zyskać choć trochę uwagi. Na szczęście po kilku minutach tego chaosu nagle znalazłyśmy się w swoim pokoju, z całym swoim bagażem i kluczami do wszystkich potrzebnych nam pomieszczeń – w ciszy, która aż dzwoniła w uszach.

 

Mniej więcej tak wyglądały nasze pierwsze chwile na placówce. Stopniowo trzeba było poznać sam dom (nasze pokoje, nasza pralnia i nasza kuchnia to trzy odrębne miejsca na terenie hogaru), rytm każdego dnia (bo oczywiście każdy dzień tygodnia jest trochę inny) i mentalność jego mieszkańców (do tego przydaje się cierpliwość, bo Boliwijczycy raczej nie mają pośpiechu we krwi). No i oczywiście – dzieci, co było nie lada wyzwaniem. Przez pierwsze kilka dni trochę przed nimi uciekałam – bo pojawienie się w zasięgu wzroku powodowało, że w jednej chwili kilkanaście niekoniecznie czystych rączek chciało wziąć za rękę, przytulić, dotknąć, poznać fakturę włosów, ubrania, pocałować krzyżyk na szyi, oglądnąć kolczyki i zrobić milion innych rzeczy – oczywiście przy akompaniamencie ognia pytań, już trochę trudniejszych niż te na starcie. Wypracowanie kompromisu zajęło kilka dni i kosztowało trochę nerwów, czasem aż do łez – ale na szczęście zakończyło się sukcesem.

No więc jak ten kompromis wygląda?

Dzień powszedni zaczynam mszą świętą w miejscowym kościele. Wymaga to heroicznego wysiłku wstania z łóżka o 6:30 (nie jestem rannym ptaszkiem…), ale jednak bez codziennego wsparcia z Góry nic się tutaj nie da zrobić. Po powrocie do hogaru szybkie śniadanie w zaciszu własnej kuchni i zaprowadzenie naszych dwóch przedszkolaków na zajęcia na 8:30. Warto tutaj zaznaczyć, że to ta łatwiejsza część zadania, bo każdego mogę wziąć za rękę. Większe wyzwanie ma przed sobą Marlena: zaprowadzenie 14 (? – w sumie do dziś nie udało się ich policzyć ze względu na wzmożoną ruchliwość) dzieciaków do szkoły. Kiedy ostatnie zamyka drzwi hogaru, pierwsze już prawie wchodzi do szkoły (odległość ok. 1 km). Na szczęście po powrocie mamy chwilę dla siebie: czas na pranie, sprzątanie, zakupy na targu, czasem na wiadomość do rodziców (o ile internet się nie zbuntuje). To też jest czas na spotkania, np. na wspólną kawę z naszymi siostrami czy na odwiedzenie księży w parafii – wśród obecnych tutaj redemptorystów jest dwóch Polaków. I choć nieraz trudno to nazwać czasem wolnym, to jednak jest to chwila regeneracji – bo już w okolicach południa zajęcia się kończą i przyprowadzamy dzieciaki z powrotem do hogaru. I błoga cisza natychmiast się kończy – jest za to wspólny obiad, a wcześniej płotki dookoła trawników obwieszone bielizną i skarpetkami, które dzieci same sobie muszą codziennie wyprać. Trzy razy w tygodniu jest też dzień kąpieli – wówczas na płotkach pojawiają się także mokre ręczniki, a dziewczynki chodzą z grzebieniami w ręku i plotą warkocze z mokrych włosów.

A później zaczyna się to, czego chyba żadne dziecko na świecie nie lubi – czyli odrabianie lekcji. Osiągnięcie stanu, w którym wszystkie dzieciaki siedzą przy stole, mają w ręce ołówek i otwarty zeszyt przed sobą, kosztuje dużo czasu i wysiłku. A doprowadzenie do tego, by ołówek zamiast do zabawy służył do pisania – jeszcze więcej. Większość dzieci, które mieszkają w naszym domu, uczy się w szkole podstawowej – i potrzebuje nieustannego nadzoru, żeby doprowadzić prace domowe do końca. Mnie przypadła w udziale najmłodsza ekipa: Jhon, Rinelda i Leydi, którzy są w pierwszej klasie i uczą się czytać, pisać i liczyć oraz Valentino i Camilo, którzy chodzą do przedszkola, ale już mają zadania – polegające najczęściej na rysowaniu zadanych szlaczków. Często wymaga to dużej podzielności uwagi: np. kiedy litera po literze dyktuje się trzy różne zdania trzem różnym osobom – i jednocześnie sprawdza, czy każda napisana litera jest poprawna, pisze te litery, których akurat nie pamiętają, wyciąga kogoś spod stołu, bo chciał się schować, żeby nie robić reszty zadania, wymazuje nadmierne ilości szlaczków, odgania pozostałe dzieci, które zdążyły już skończyć i przyszły poprzeszkadzać, temperuje ołówki, upomina, że jest brzydko napisane i żadnego dziecka nie można zostawić na dłużej niż 10 sekund bez uwagi, bo ucieknie i tyle go widzieli. Cały ten galimatias – przerwany w międzyczasie dwoma posiłkami – kończy się około 8 wieczorem, kiedy w końcu pojawia się ostatnia litera tego dnia. A po dzikim tańcu radości (który czasem jest pomijany, szczególnie jeśli dane dziecko pisało ostatnie zadanie z zamkniętymi oczyma) i spakowaniu plecaka – dzień się kończy. Każdy wraca do swojego pokoju i kładzie do łóżka – ja też :)

W codziennej pracy bardzo ważnym zagadnieniem jest nasza kuchnia. To nie tylko miejsce, gdzie jemy śniadania – to prawdziwy skarbiec, w którym za sprawą poprzednich pokoleń wolontariuszy nagromadzone są gry, zabawki, piłki, książki, materiały plastyczne i wszelkie inne materiały, jakie mogą się przydać w pracy z dziećmi. Częściowo zniszczone, częściowo zużyte, w ilości mniejszej lub większej, ale wciąż możliwe do wykorzystania. Oczywiście wszystkie dzieciaki doskonale sobie zdają sprawę z zawartości tego skarbca i od pierwszych dni chodzą za nami z pytaniem „Presta me?” (hiszp. Mogę pożyczyć?). Zazwyczaj mają na myśli pożyczkę na wieczne nieoddanie ;) I zazwyczaj chcą czegoś w momencie, w którym właśnie udało im się zbiec z sali do odrabiania lekcji. Niemniej jednak każde dziecko w hogarze chce wejść do naszej kuchni – bo to trochę, jak drzwi do raju…