Bangladesz (Joypurhat): Ile taka kosztuje szczęście?

„Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz.” Mk 12, 41-42 Oto fragment Ewangelii, który najczęściej przychodzi mi na myśl podczas pobytu w Bangladeszu – jednym z najbiedniejszych…

Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz.” Mk 12, 41-42

Oto fragment Ewangelii, który najczęściej przychodzi mi na myśl podczas pobytu w Bangladeszu – jednym z najbiedniejszych krajów świata. Gdy odwiedzam slumsy, zlokalizowane niemal po sąsiedzku względem naszej misji, widzę domy – o ile można je nazwać domami – tak różne od naszych, europejskich. Dachy kryte blachą – gdy temperatura na zewnątrz przekracza 40 stopni, przebywanie w środku staje się nie do wytrzymania. Gdy pada deszcz, dudni tak głośno, że nic poza nim nie słychać. O klimatyzacji można zapomnieć. Wystarczy bambusowy wachlarz.

Jedna z animatorek oratorium, Lipy, zaprasza do swojego domu. Rozgośćcie się!

Jedno pomieszczenie na całą wielopokoleniową, wielodzietną rodzinę. Jedno twarde łóżko dla wszystkich. Prowizoryczny wieszak na sari i szkolne mundurki. Uklepana z gliny podłoga. Na kuchnię pod dachem nie starczyło już miejsca: na zewnątrz znajduje się małe palenisko, obok kilka blaszanych naczyń. Dziś na obiad, tak jak zawsze, będzie bhad, czyli gotowany ryż. Mieszkańcy wyplatają jutowe koszyki. Sprzedadzą je za kilkadziesiąt taka, lokalną walutę, by móc utrzymać siebie i rodzinę.

Wokół kręcą się wychudzone kozy. Dzieci w brudnych, podartych ubraniach bawią się zrobioną przez siebie zabawką. Te, które spotykam w tutejszych slumsach, codziennie chodzą do szkoły. Część z nich trafia do salezjańskich internatów – takich jak na przykład ten w Lokhikul, gdzie pracuje Aneta. Niestety, nie wszystkie dzieci w Bangladeszu mają tyle szczęścia…

Wystarczy kawałek tektury i można się bawić

Co niedzielę ks. Paweł Kociołek, pracujący tu misjonarz, odwiedza pobliskie wioski, by sprawować Eucharystię. Warunki życia nie różnią się wiele od tych, które widuję w slumsach. Rolę kaplicy pełni tutaj zazwyczaj drewniana lub blaszana szopa, a nierzadko samo zadaszenie. Bardzo dużo dało mi do myślenia zobaczenie miejscowej składki: ludzie przynieśli w woreczkach cial, surowy ryż, i wsypali do koszyka. To, że nie mają pieniędzy, nie stanowi żadnego problemu – chcą ofiarować to, co mają. Jak uboga wdowa z Ewangelii.

„Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucili z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie.” Mk 12, 43-44

Na każdym kroku spotykam się z życzliwością i gościnnością. Ludzie chętnie zapraszają mnie do swoich – wciąż nie wiem, czy to odpowiednie słowo – domów. Zawsze znajdą plastikowe krzesło, choćby pożyczone od sąsiadów, wytarte naprędce kawałkiem materiału. Poczęstują tutejszą mocną, bardzo słodką herbatą albo zerwaną z drzewa gujawą. Wręczą bukiet kwiatów. A przede wszystkim ofiarują to, co najważniejsze: czas, uśmiech, rozmowę.

Mieszkańcy Bangladeszu utrzymują się głównie z rolnictwa – m.in. uprawy ryżu

No właśnie: rozmowę. Jak znaleźć wspólny język z kimś, z kim nie masz żadnego wspólnego języka? Tutejsza ludność mówi po bengalsku. Zdecydowana większość nie potrafi powiedzieć po angielsku więcej niż: How are you? To jedna z najtrudniejszych przeszkód, które tutaj napotykam. Widzę jednak, jak Bengalczycy robią wszystko, by znaleźć choćby nić porozumienia. Będą żywo gestykulować, ciągnąć mnie za rękę, szukać kogoś, kto zna angielski, powtarzać jedno zdanie dziesiątki razy, aż w końcu pokiwam głową, choć nie zawsze będzie to oznaczać zrozumienie.

Od pisania tego artykułu oderwała mnie właśnie grupa kobiet, zapraszając do domu jednej z nich na wspólną modlitwę różańcową. To nic, że tylko jedna z nich zna kilka słów po angielsku. Cieszyły się z mojej obecności, z tego, że próbowałam sklecić proste zdania albo czytałam z kartki „Zdrowaś Maryjo” w ich języku. Chociaż dom, do którego zostałam zaproszona, nie był bogaty, spędziłam piękny wieczór. Chociaż mój bengalski słownik jest mocno ograniczony, wystarczył międzynarodowy język miłości. Ludzie, których tu spotykam, żyją w warunkach skrajnej nędzy, a mimo to jestem przekonana, że są szczęśliwsi niż niejeden z nas, Europejczyków, posiadających wszystko, co niezbędne do życia. Każdy kolejny dzień tutaj przypomina mi, że szczęścia nie liczy się w taka, dolarach czy złotówkach.