Boliwia: Przystanek u Mamy

Jak głosi legenda, pewnej pasterce ukazała się Piękna Pani. Dziewczynka traktowała ją jako kogoś normalnego; codziennie rozmawiała i bawiła się z nią. Po pewnym czasie Piękna Pani kazała wziąć dziewczynce do domu kamienie. Ona nie chciała tego zrobić, ale ostatecznie przystała na prośbę swojej towarzyszki. W domu okazało się, że…

Jak głosi legenda, pewnej pasterce ukazała się Piękna Pani. Dziewczynka traktowała ją jako kogoś normalnego; codziennie rozmawiała i bawiła się z nią. Po pewnym czasie Piękna Pani kazała wziąć dziewczynce do domu kamienie. Ona nie chciała tego zrobić, ale ostatecznie przystała na prośbę swojej towarzyszki. W domu okazało się, że przyniosła złoto. Kiedy mieszkańcy wioski poszli na pole sprawdzić, co się dzieje, znaleźli tam figurę Matki Bożej.

Obecnie Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, które tutaj w Cochabambie znane jest jako Święto Matki Bożej z Urcupiña – patronki Cochabamby i integracji narodowej – jest jednym z największych świąt w mieście. Ściągają na nie tłumy ludzi nie tylko z Boliwii, ale też z zagranicy, np. z Argentyny. Rozpoczyna się już 14 sierpnia, kiedy odbywa się „procesja” do Matki Bożej. Ludzie tańcząc „idą” do sanktuarium, a trasa ma kilka kilometrów długości. Centralnym punktem uroczystości jest 15 sierpnia. Ludzie przychodzą na msze święte do sanktuarium i świętują w jego okolicy. Nocą z katedry w Cochabambie wyrusza pielgrzymka do sanktuarium. W trzeci dzień świętowania celem jest góra, na której objawiła się Matka Boża, nazywana Górą Karmel. Ludzie dosłownie ją rozbierają – zabierają stamtąd kamienie, z których każdy oznacza jedną prośbę zanoszoną do Maryi i zabierają je do swoich domów. Kiedy ich modlitwa zostaje wysłuchana – po tygodniu, miesiącu czy po latach – odnoszą kamień z powrotem na górę.

Z racji, że wylądowałyśmy w Cochabambie 14 sierpnia rano, dane nam było poznać niektóre z tych boliwijskich zwyczajów. Jeszcze tego samego dnia podziwiałyśmy paradę – bardzo kolorową, obowiązkowo głośną i przyciągającą tłumy gapiów – którzy z kolei przyciągają tłumy drobnych sprzedawców (lodów, kanapek, krzesełek, kapeluszy, chipsów, zimnej wody, parasoli, coca-coli i wszelkich innych produktów, na które może wystąpić zapotrzebowanie). Szczególnie interesująca jest organizacja całego pochodu. Na początku dwie osoby niosą baner, który oznajmia, co to za grupa i skąd przyjechała. Później idzie sztandar, a za nim… samochód, który wiezie figurkę Matki Bożej. Te autka są bardzo barwnie przybrane kolorowymi materiałami i obwieszone talerzami i łyżkami. Wszystkie te rzeczy mają odnosić się do życia codziennego i wyrażają prośby zanoszone do Matki Bożej. Zdarzają się też samochody obwieszone innymi przedmiotami, np. kosmetykami. Za samochodem rozpoczyna się pochód tancerzy. Reprezentują oni pełen przekrój wiekowy – od małych, kilkuletnich dzieci po starsze pomarszczone twarze. Często w jednej grupie znajduje się kilka różnych tańczących ekip – każda z własną orkiestrą i w innych strojach. Same stroje często robią niemałe wrażenie. Czasem maski ubierane przez tancerzy są niemal wysokości człowieka (Boliwijczyka, oni są troszkę niżsi niż my ). Czasem długość spódniczek zdumiewa. A czasem ilość dzwonków, blaszek i wszelkiego innego rodzaju elementów wydających dźwięki w rytm kroków dosłownie ogłusza (jeśli wcześniej nie zdążyły zrobić tego bębny).

Razem z siostrami, które nas goszczą na czas aklimatyzacji w wysokogórskim klimacie, wyruszyłyśmy też na pielgrzymi szlak. Wystartowałyśmy z katedry przy głównym placu w Cochabambie o północy. Na trasie dołączyła też do nas pozostała ekipa SWMowych boliwijskich wolontariuszy – Michał, Kasia i i Agata. W pielgrzymce uczestniczyły tysiące ludzi – jednak ich uczestnictwo było bardzo specyficzne. Ci, którzy znaleźli się w pobliżu krzyża i samochodu z nagłośnieniem szli w jako takim skupieniu, odmawiając różaniec przeplatany hiszpańskimi pieśniami maryjnymi. Oczywiście nic nie stało na przeszkodzie, żeby do bardziej rytmicznych nut klaskać czy skakać. Jednak większość ludzi, która szła daleko od centrum modlitwy, po prostu szła – rozmawiając, śmiejąc się, kupując różne rzeczy u sprzedawców, którzy rozłożyli się przy trasie i robiąc mnóstwo innych rzeczy, których nijak nie da się zaklasyfikować jako takich, z którymi nam w Polsce kojarzy się pielgrzymka. Cała trasa przemarszu miała ok. 15km, w międzyczasie zatrzymaliśmy się przy czterech ołtarzach przygotowanych przez mijane parafie na krótką modlitwę. Celem naszej drogi był oczywiście plac przed Sanktuarium w Urcupiña, gdzie o godzinie 5:00 uczestniczyliśmy we Mszy Świętej – w tłumie i ścisku. Na szczęście dzięki temu, że szliśmy blisko krzyża, w czasie mszy znaleźliśmy się tuż przed ołtarzem, obok którego umieszczono pielgrzymującą figurę Matki Bożej przepasaną szarfą w kolorach Boliwii. Po Eucharystii i krótkiej modlitwie wewnątrz Sanktuarium przed cudowną figurką Matki, siostry zaprosiły nas na tradycyjny posiłek – api con pastel, czyli napój kukurydziany z ciastem smażonym na głębokim oleju. Po intensywnej nocy smakowało wyśmienicie.

Jednak nasz pobyt w Cochabambie nie ograniczał się do świętowania. W międzyczasie udało nam się poznać placówkę sióstr, które prowadzą tutaj ochronkę dla dzieci, szkołę i przychodnię. Miałyśmy nawet okazję pobawić się trochę z dzieciakami. A w wolnych chwilach regeneracja sił (co na wysokości 2 500 m.n.p.m. i w smogu nie jest łatwe) i przygotowania się do dalszej podróży: Cochabambę od Tupizy dzieli jakieś 900 km i 16 godzin jazdy autobusem.