Boliwia (Kami): codzienne, małe „umieranie”

Po pierwszym lekkim szoku, który przeżywałem pisząc pierwszy wpis, przyszedł czas na aklimatyzację mentalną. Tak jak wtedy pisałem, do wielu rzeczy, również tych trudnych, można z czasem przywyknąć. Tak również jest w przypadku mojego doświadczenia misyjnego. Okoliczności życia w Kami, choć dla mnie osobiście trudne, dają się akceptować. Z czasem…

Po pierwszym lekkim szoku, który przeżywałem pisząc pierwszy wpis, przyszedł czas na aklimatyzację mentalną. Tak jak wtedy pisałem, do wielu rzeczy, również tych trudnych, można z czasem przywyknąć. Tak również jest w przypadku mojego doświadczenia misyjnego. Okoliczności życia w Kami, choć dla mnie osobiście trudne, dają się akceptować. Z czasem można zorganizować sobie codzienność w taki sposób, że staje się ona całkiem znośna. I po pewnym czasie, który nadszedł dla mnie niedawno, zamiast myśleć jak przetrwać kolejny dzień, można zacząć zastanowiać się jak efektywnie i sensownie wypełnić zadanie, z którym zostałem posłany. Półtoraroczna posługa jako wolontariusz misyjny w Polsce, która jest bardzo istotnym elementem przygotowania do wyjazdu, nauczyła mnie niby banalnej, ale w praktyce bardzo istotnej rzeczy; żeby komuś pomóc, żeby zrobić dla drugiego coś dobrego, trzeba zwalczyć w sobie jedną z podstawowych ułomności człowieka – lenistwo. To ono tak bardzo często hamuje nas przed dobrem, które możemy wykonać. Bardzo istotne jest, jak w przypadku każdego zła, aby dostrzec je jak najwcześniej i zwalczyć w zarodku. Wtedy otwiera się przed człowiekiem perspektywa dobra, które kosztem lekkiego cierpienia można ofiarować drugiemu człowiekowi.
„Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich.” J 15, 13
I tak jest w tym przypadku. Niewielkie cierpienie, którego wymaga zwalczenie lenistwa, jest jedną z tych małych „śmierci”, które możemy ofiarować dla brata będącego w potrzebie i w ten sposób oddać malutką część swojego życia w imię Miłości.
I posługa na misjach niewątpliwie wymaga codziennie takiego małego „umierania”. Bardzo często, a może nawet w większości przypadków, wolontariusz nie ma konkretnie ustalonego przez przełożonych planu obowiązków. Sam musi znaleźć pole działania, określić zadania, szukać możliwości pomocy. Bardzo często trzeba być elastycznym, podejmować szybkie, sprawne decyzje, które niejednokrotnie nie są dla nas po ludzku przyjemne. Nie zawsze bowiem to, co pożyteczne, jest tym, co akurat chcielibyśmy z ochotą zrobić. Jest to jednak cena, którą trzeba czasami zapłacić, by potem z poczuciem spełnienia obowiązku pomyśleć sobie „(…) wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać.” Łk 17, 10
I nie inaczej jest w przypadku pracy wolontariusza tu, w Kami. Każdego dnia trzeba mieć oczy otwarte na potrzeby chwili i wykorzystywać okazje do czynienia dobra. Czasem trzeba zostawić ciekawą pracę na maszynie w warsztacie, by iść malować ścianę w kościele. Czasem trzeba zmusić się, by pomóc rozładować ciężarówkę pełną pustaków. I to wcale nie jest tak, niestety, że zawsze udaje się nam przezwyciężyć własny egoizm.
My, Chrześcijanie, nie tylko ci przebywający na misjach, mamy obowiązek umierać tak dla innych każdego dnia.
I takiego zwalczania lenistwa sobie i wszystkim czytającym to braciom i siostrom życzę.