Boliwia (Kami): Trudne początki

Zgadza się. Powiedzenie, że początki bywają trudne, nie wzięło się znikąd. Od pierwszych chwil pobytu w Kami nie sposób o tym nie myśleć. Różnica jest tylko taka, że te trudne początki, które miewałem dotychczas w życiu, były jednak trochę łatwiejsze ;-) Nowe miejsce pracy, nowa szkoła, nowe miejsce zamieszkania –…

Zgadza się. Powiedzenie, że początki bywają trudne, nie wzięło się znikąd. Od pierwszych chwil pobytu w Kami nie sposób o tym nie myśleć. Różnica jest tylko taka, że te trudne początki, które miewałem dotychczas w życiu, były jednak trochę łatwiejsze ;-) Nowe miejsce pracy, nowa szkoła, nowe miejsce zamieszkania – to wszystko nie było jednak aż tak bardzo nowe i mi nieznane jak w tym przypadku. Przed wyjazdem nastawiałem się, że będzie ciężko, że w wielu kwestiach będę musiał „nagiąć” swoje własne „ja”, że do wielu rzeczy trzeba będzie przywyknąć. Ale myślałem sobie, że jakoś to będzie. Teraz już mniej więcej wiem jak wygląda to „jakoś”, a rzeczywista ściana okazuje się jednak bardzo twarda. Bogu dzięki, że nie trafiłem jednak na gorsze okoliczności, które niejednokrotnie przytrafiają się innym wolontariuszom (do których jednak też można przywyknąć).

Krótko mówiąc, europejski chłopczyk, któremu nigdy nic materialnego nie brakowało, który zawsze miał ogromną wolność postępowania, który jest bardzo przywiązany do rodzinnego miejsca zamieszkania, do rodziny i bliskich mu osób, nagle zechciał porzucić to wszystko. Wyjechał tysiące kilometrów od domu i teraz musi przestawić się na zupełnie inne realia życia: bez bliskich, bez tych wszystkich miejsc, do których ma tak duży sentyment, bez jedzenia, do którego jest przyzwyczajony, wśród bądź co bądź innych ludzi, których mentalność sporo odbiega od tej europejskiej. No i oczywiście w takich zupełnie nowych okolicznościach musi spędzić najbliższy rok. Niezła perspektywa, prawda?

Dlatego nieco otwarły mi się oczy na to, co znaczy być posłanym jako misjonarz: być posłanym w nieznane, w zupełnie obce, by zrezygnować z wielu dóbr, które się miało pod ręką i to wszystko po to, by zrobić coś dobrego. Coś dobrego dla drugiego człowieka, ale także dla siebie. A to wszystko powinno mieć jeden cel: pomóc innym choć trochę poznać dobroć Boga, który oddał życie tak samo za mnie, jak i za każdego człowieka, którego podczas misji przyjdzie mi spotkać – za każdego brata. Boga, dla którego nie ma znaczenia kolor skóry, język, miejsce zamieszkania, kultura. W perspektywie zbawienia świat, do którego zostajemy posłani, jest dokładnie taki sam jak ten, który opuszczamy. Bo czym różni się ewangelizacja w rodzinnych stronach od tej realizowanej tysiące kilometrów dalej? Cel jest zawsze ten sam – zbawienie nas wszystkich.

Dość pięknych i górnolotnych słów. Choć wierzę, że są prawdziwe, rzeczywistość wcielania ich w czyn dalej pozostaje bardzo trudna. Czas solidnie zacząć myśleć, jak wykonać misję, którą mi przydzielono; tym bardziej, że jeszcze nie do końca wiem, na czym ona szczegółowo będzie polegać. Nad tym pewnie będę myślał w najbliższym czasie. Ogromnie prosząc o modlitwę – pozdrawiam z Boliwii.

P.S. Częstsze sprawozdania z misji na FB: Życie jest misją