Wolontariusz popowrotowy: zagubione pół serca

Oddajcie mi pół serca… Misjonarze mówią, że na swojej pierwszej misji zostawia się połowę serca. I przyszły takie dni, że jest tęskno… Myślę, że u każdego wolontariusza, który spędził trochę czasu na misjach tak jest. Ostatnio wspomnienia zmuszają mnie do konfrontacji z rzeczywistością: święta – rok temu przeżywałam je zupełnie…

Oddajcie mi pół serca…

Misjonarze mówią, że na swojej pierwszej misji zostawia się połowę serca. I przyszły takie dni, że jest tęskno… Myślę, że u każdego wolontariusza, który spędził trochę czasu na misjach tak jest. Ostatnio wspomnienia zmuszają mnie do konfrontacji z rzeczywistością:

  • święta – rok temu przeżywałam je zupełnie inaczej;
  • okres Wielkiego Postu wiąże się ze wspomnieniem wielkiego kalendarza, który przygotowałam dla naszych dzieci;
  • no właśnie: DZIECI! Teraz codziennie podczas praktyk na oddziale pediatrycznym spotykam mnóstwo dzieci, tylko że to nie są te nasze dzieci;
  • siostry – spotykam różne zakonnice, ale nie żyję z nimi na co dzień;
  • dom – to już nie jest tak, że codziennie muszę wstać z samego rana i na dole czeka gromadka dzieci do kochania. To nie tak, że każda chwila spędzana jest razem, że wcale nie trzeba sobie wyszukiwać zajęcia, bo ciągle coś się działo… Puste mieszkanie, wolna chwila – takie rzeczy w Boliwii się nie zdarzały;
  • radość – czemu tak narzekamy?! Na to jaki jest ten świat, że znowu ta profesorka źle ocenia, że tu coś krzywo stoi, że kolory w mieszkaniu nie pasują… A wystarczy się rozejrzeć dookoła i dostrzec otaczające nas piękno…

Każda chwila przypomina Boliwię i czasami porównanie przychodzi automatycznie: „a co by było, gdybym nadal była w Tupizie?” Tęsknię, bo znalazłam tam ludzi, których pokochałam. Są oni nadal w moim sercu..

W takich momentach mam ochotę pooglądać zdjęcia i powspominać… Można… Byle nie samemu w pustym domu i jeszcze słuchając „smętów” – bo nie chodzi o to, aby się rozczulać! Po co? Żeby popłakać? Bo mi źle? No, nie… Fajnie jest powspominać celem naładowania się pozytywną energią, zainspirowania się, przypomnienia, że mam dla kogo żyć. Aby sobie przypomnieć, że warto żyć dla innych… Zarówno tam, jak i tu…

Napisałam ostatnio do naszych wolontariuszek z Tupizy (dobrze im tam – to cudownie!). I trochę dowiedziałam się, co słychać u dzieci, co w domu. Rozmawiałam też przez internet z siostrami z Boliwii – samo usłyszenie ich głosu było czymś cudownym! Niedługo też zobaczę się z siostrą Juaną, która z Boliwii przyjechała na misje do Polski (już niesamowicie się cieszę). Dzięki temu będąc tak daleko – mogę być blisko moich kochanych. Czy to ważne? Bo może lepiej byłoby po prostu zapomnieć? Było minęło, trzeba zostawić i żyć dalej… – wcale tak nie myślę! To jest część mojego życia, część w sercu, która zostanie już na zawsze bardzo cenną perełką…

Bo wciąż na nowo sobie uświadamiam, że tamten miniony czas to bezcenny dar, prezent od Taty-Boga dla mnie. A On daje zawsze to, co najlepsze! On dał mi jakby kawałek materiału – cudownego, niepowtarzalnego, boliwijskiego materiału… Przez rok razem ten materiał obcinaliśmy z różnych stron, zaginaliśmy, przygotowywaliśmy i teraz… Pan chce, abym robiła z niego jakiś użytek; On pyta: ja ci dałem… Co chcesz teraz z niego zrobić?

Zdobyte doświadczenie, świadectwo, przemiana serca – mam nadzieję, że moje życie nie wygląda tak jak wcześniej. Lubię się tym dzielić (choć mam wrażenie, że czasem inni pojmują ten misyjny styl życia zupełnie inaczej niż ja). Lubię te momenty, gdy ludzie są zaskoczeni, że można wyjechać na drugi koniec świata, że się nie boję. Ludzie ze studiów, wykładowcy, ludzie ze wspólnoty, rodzina, przyjaciele, pielęgniarki w szpitalu pytają: „po co?”. A jeszcze dzielę się świadectwem na parafiach podczas niedziel misyjnych, w szkołach, wśród przypadkowo poznanych ludzi…  A najlepsze jest to, że czasem nie trzeba wiele słów. Aby być misjonarzem nie potrzeba nam wiele słów! To wszystko wychodzi samo, bardzo naturalnie, w codzienności! Uśmiech, krzyżyk na wierzchu, modlitwa, małe uczynki z wielką miłością. A plotki szybko się rozchodzą ;) Jezus jest widoczny przez nas, to On się nami posługuje jak artysta pędzlem i farbami… Potrzebuje każdego z nas na swój sposób. Razem się uzupełniamy i pod opieką Boga-Artysty możemy stworzyć najpiękniejszy obraz.

A nam pozostaje… prosić jak Matka Teresa z Kalkuty: „Pozwól mi Panie, rozsiewać woń Twojej Miłości – dokądkolwiek się udam…”