Peru: O pajączku, czyli franciszkańska lekcja miłości

To fascynujące, jak jedna mała rzecz, z pozoru nieistotna, pojawia się na naszej drodze, by nas czegoś nauczyć. Takim nic nie znaczącym drobiazgiem na dziś był pająk w najbardziej oddalonej kaplicy San Lorenzo. Gdy weszliśmy do środka, spacerował sobie spokojnie po nitkach ogromnej, wielopoziomowej sieci, rozpiętej między belkami dachu,…

To fascynujące, jak jedna mała rzecz, z pozoru nieistotna, pojawia się na naszej drodze, by nas czegoś nauczyć.

Takim nic nie znaczącym drobiazgiem na dziś był pająk w najbardziej oddalonej kaplicy San Lorenzo. Gdy weszliśmy do środka, spacerował sobie spokojnie po nitkach ogromnej, wielopoziomowej sieci, rozpiętej między belkami dachu, ścianą, regałem i stolikiem-ołtarzem. Chłopcy od razu go zobaczyli i z zadziwieniem zaczęli ciągnąć linki pajęczyny przyklejone do ołtarza. Były bardzo wytrzymałe, ale w końcu się urwały. Pająk natychmiast przystąpił do reperowania swojego domu.

W międzyczasie moi podopieczni dostrzegli, że po zewnętrznej stronie pod dachem jest drugi pająk, a nawet trzeci. Nie zdążyłam się zorientować, a długonogie włochate drobiazgi już były ściągnięte na ziemię. Najpierw nieśmiało, trzymając je za pajęczynę, chłopcy położyli je na jakiś naprędce znaleziony metalowy talerz. Potem delikatnie obrócili je patyczkiem, żeby nie leżały do góry brzuchami. Następnie coraz ufniej, dotykając jednym palcem i odskakując, zaczęli oswajać się z niepokojącą bliskością tych stworzeń. W końcu, przekonawszy się, że ich ugryzienie nie jest groźne, śmiało brali je do ręki, żeby obserwować z niewielkiej odległości jak wyglądają wzory na tułowiu i jak skonstruowane są włoski na nogach. Od obawy przeszli do zachwytu nad tymi stworzonkami bożymi. A ponieważ ja podzielałam ich zachwyt zachowując bezpieczny dystans, obrazowo opisywali mi i tłumaczyli, jak układa się szczecina na pająku.

Kiedy już chłopcy nacieszyli się niezwykłym odkryciem i lekcją biologii, mogliśmy usiąść ze starszymi oratorianami i pochylić się nad wybranymi fragmentami Pisma Świętego. Ale najważniejsza lekcja była jeszcze przed nami.

Pająki, puszczone wolno, wspinały się po ścianie. Jeden z młodszych chłopców, obserwując je nadal, spytał nagle:

– Czy mogę go zabić?

Po tym, jak trzymał go na ręce i mówił, że to jego pupilek, było jasne, że nie chce zabić pająka w obronie własnej. Może prędzej z dalszej potrzeby eksperymentowania w ramach lekcji biologii. Ale mi, widać, udzielił się duch franciszkańskiej miłości do wszystkich stworzeń, bo odpowiedziałam:

– Człowiek może zabijać zwierzęta tylko, żeby je zjadać. W innym wypadku niczego się nie zabija. Jesteś taki głodny, że chcesz zabić tego pająka, żeby go zjeść?

To było wystarczająco przekonujące, bo pająk spokojnie powędrował w górę po ścianie. Jutro zapewne znów go spotkamy na nowej, wielkiej pajęczynie nad stolikiem-ołtarzem.