Boliwia: Oczekiwania vs rzeczywistość

Pamiętam jak na ostatnim szkoleniu przed misjami zadano nam pytanie, czego najbardziej nie możemy się doczekać na naszych misjach. Razem z moją współwolontariuszką najbardziej czekałyśmy na pracę z kobietami ciężarnymi, na ten moment, kiedy w końcu będziemy mogły podzielić się naszą wiedzą i pomóc w tym trudnym etapie, jakim jest…

Pamiętam jak na ostatnim szkoleniu przed misjami zadano nam pytanie, czego najbardziej nie możemy się doczekać na naszych misjach. Razem z moją współwolontariuszką najbardziej czekałyśmy na pracę z kobietami ciężarnymi, na ten moment, kiedy w końcu będziemy mogły podzielić się naszą wiedzą i pomóc w tym trudnym etapie, jakim jest ciąża. Myśląc o misjach od razu też do głowy przychodziły mi chatki z kamienia, dżungla, ekstremalne warunki, spanie na ziemi, czy też brak wody lub prądu. Jak te wszystkie wyobrażenia przełożyły się na rzeczywistość?

  1. Spanie na ziemi

Kiedy siostra pokazała nam nasze pokoje, pomyślałam: no nieźle, lepiej niż w Krakowie!
Każda z nas dostała swój własny pokój, z łazienką z prysznicem i własną garderobą… Aż ciężko było mi zapełnić wszystkie półki, bo pakując się na MISJE, starałam się ograniczyć się z bagażem.

  1. Brak prądu i wody

Głodna ekstremalnych warunków, nie traciłam nadziei i biorąc pierwszy prysznic byłam prawie pewna, że nie ma co liczyć na ciepłą wodę. Jednak myliłam się… Podobnie jak z prądem i dostępem do internetu. W całym Centrum mamy świetne WiFi. Nie wspominając o tym, że cała Cochabamba jest świetnie wyposażona w najnowsze smartfony, a na największym targu w Ameryce Południowej – „cancha”, można równie dobrze zaopatrzyć się we wszystkie sprzęty typu tablety, laptopy itp.

  1. Praca z samotnymi matkami

Dużym zdziwieniem dla mnie było to, że w momencie naszego przyjazdu, w naszym Centrum San Juan Pablo II, nie mieszkały żadne samotne matki. Mimo ich codziennych wizyt i wyjazdów do ich domów, domów dziecka i ośrodków zdrowia nie miałyśmy początkowo określonych stałych obowiązków. Przez pierwsze dwa miesiące, jedynym naszym stałym obowiązkiem była modlitwa i zajmowanie się domem. Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę tylko po to pokonałam te 10 tys. km, zostawiłam moją rodzinę i bliskich? Przecież przyjechałam po to, aby zmieniać świat…

Pojawił się pierwszy mini kryzys – zderzenie moich wielkich, młodzieńczych ambicji do robienia „wielkich rzeczy” z rzeczywistością. Jednak po pierwszym miesiącu dotarło do mnie, że skoro jestem niewierna w małych rzeczach, to jak chcę żeby mi powierzono większe?

Po 2 miesiącach…
W końcu zaczęłyśmy lepiej rozumieć język hiszpański. Udałyśmy się też z wizytą do szpitala na oddział, na którym matki oczekują na poród, lub są tuż po porodzie. Tam zobaczyłyśmy w większości młode, osiemnastoletnie twarze i przerażone oczy mam, które nie są gotowe na przyjęcie nowego życia. Tydzień później udało nam się przeprowadzić ćwiczenia dla kobiet ciężarnych i przekazać podstawowe informacje odnośnie ciąży.

 

Okazało się, że nie jest tak źle wracać do pięknego, czystego domu, po całym dniu przebywania na brudnych ulicach Cochabamby i całkiem miło jest brać ciepły prysznic, kiedy wieczorem temperatura spada z 28oC do 10oC. Bezcenne są też połączenia video z Polską, kiedy to możemy porozmawiać z naszymi rodzinami, a nawet uczestniczyć w ważnych dla nas wydarzeniach, takich jak; wesele naszych przyjaciół, bez problemów internetowych. Obowiązków jest coraz więcej, a już za chwilę, w naszym domu będziemy miały gościa, a nawet dwóch: Miriam z dzieciątkiem, które ma się urodzić już za dwa miesiące.

 

Misje zdecydowanie uczą cierpliwości,

a Pan Bóg daje wszystko w odpowiednim czasie :)