Peru: Długa droga do San Lorenzo

Jak zawsze spóźniona?  Od urodzenia walczę ze skłonnością do spóźniania się. Mawiam, że skoro urodziłam się z dwudniowym opóźnieniem, ma prawo mi tych dwóch dni brakować, by wyrobić się ze wszystkim co do minuty. Jakkolwiek tym razem z moimi współwolontariuszkami przesadziłyśmy… no bo… spóźnić się dwa miesiące? Z powodu okoliczności…

Jak zawsze spóźniona? 

Od urodzenia walczę ze skłonnością do spóźniania się. Mawiam, że skoro urodziłam się z dwudniowym opóźnieniem, ma prawo mi tych dwóch dni brakować, by wyrobić się ze wszystkim co do minuty. Jakkolwiek tym razem z moimi współwolontariuszkami przesadziłyśmy… no bo… spóźnić się dwa miesiące?

Z powodu okoliczności niezależnych od nas pobyt w Limie przeciągał się z tygodnia na tydzień. Nie rozpakowywałyśmy walizek stale „gotowe” do podróży. Mieszkając razem z wolontariuszami – Krzysiem i Łukaszem – w domu dla chłopców w Limie, przyzwyczaiłyśmy się do tamtejszego trybu życia. Wspólne posiłki z sześćdziesięcioma chłopcami, zajęcia z angielskiego z niektórymi i przypomnienie sobie licealnej chemii, by pomóc w odrobieniu lekcji. Wyjścia do muzeów, świętowanie specjalnych okazji, niemal codzienna gra w koszykówkę czy „siatę” na boisku.

Pośród takiej ilości wychowanków niełatwo wybierać tak, by z każdym odrobinę porozmawiać. Szczególnie, gdy mówią w języku, który nadal zupełnie dobrze nie opanowałam. Jednak dwa miesiące to wystarczająco, by pojawiły się ważne pytania, rozmowy wydające się mieć większe znaczenie.

Napis: „Dziękujemy za Wasz czas. Tutaj zawsze będziemy dla Was”

Zielone światło: San Lorenzo

Kiedy zimna i niemal zawsze zachmurzona Lima wydała nam się wygodnym miejscem, dowiedziałyśmy się, że czas kontynuować drogę naszej misji. Ciesząc się na nowe spotkania, kulturę, poznanie domu na najbliższe dziesięć miesięcy, obawiałam się pożegnań i kolejnego początku. Z chłodnego, wielkiego miasta przywędrowałyśmy do małego, gorącego San Lorenzo. Nie tylko nasze organizmy odczuły różnicę – lekki szok. Tęsknota, potrzeba powtórnej aklimatyzacji wywołują mały zawrót głowy.
Chcemy jednak wierzyć, że to część „misjonarskiej” drogi. Możemy choć zastanowić się: jaką samotność, tęsknotę czy zagubienie odczuwają misjonarze, gdy po raz kolejny zostają przenoszeni w inne miejsce? Gdy wbrew ich wysiłkom, nie mogą dotrzeć na miejsce wtedy, gdy chcą lub muszą przerwać swoją pracę, by zacząć od nowa, gdy widzi się jej pierwsze rezultaty. Mogłyśmy poczuć to w znikomym natężeniu. Dla mnie wystarczającym, by znów podkreślić: módlmy się za misjonarzy, by ich praca przynosiła bogate owoce, by się nie zniechęcali i zawsze widzieli jej ostateczny sens w Panu.