Boliwia: Wracamy do domu!

I każdy kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy.  Mt 19, 29

Po miesiącu, a nawet odrobinkę dłuższym czasie wracamy do Domu… Dziecka w Tupizie. Jak to się stało, że zostawiłyśmy naszą misję, do której zostałyśmy posłane? Działanie Ducha Świętego i odrobinka naszej otwartości.

 

Zadzwoniła do nas Siostra, która jest jakby naszą przełożoną tutaj w Boliwii i po wcześniejszych rozmowach z naszą koordynator z Polski, mówi nam mniej więcej tak:

Potrzebujemy was w Villa Paraiso, żeby pomóc przy Misjach Świętych. Siostry już pytają czy mogą szykować pokoje.

Czy czujecie w tym pytanie? – My za bardzo nie czułyśmy. Więc nie wiele myśląc zgodziłyśmy się. Taka misja w misji. :) Minął może tydzień od telefonu gdy spakowałyśmy rzeczy i ruszyłyśmy w 16-godzinną podróż autobusem do Cochabamby. Tam zatrzymałyśmy się na 2 dni, bo gdzieś przed naszą wioską były blokady – dobrze, że siostra ma wtyki i wiedziała, bo jak się utknie w takiej blokadzie w Boliwii, to nie wiadomo ile czasu można stracić, to jest nieprzewidywalne… I w końcu, niespodziewanie AUTEM z kochaną Siostrą wyruszyłyśmy do Santa Cruz (normalnie autobusem to 10 godzin, a my jechałyśmy cały dzień).

Inny świat

Świat gorąca, gorąca i upału. Świat bananów i kokosów na drzewach. Chipsy z bananów, banany do smażenia, banany małe, duże, czerwone, żółte… Wakacje pod palmą, a raczej pod lasami palmowymi. Małpy, węże, papugi, żółwie, jaszczurki, nietoperze, pająki,a nawet podobno tygrysy. Na termometrze 31 stopni przez cały dzień. I ogrom robaków. Odstraszacz w sprayu można używać zamiast dezodorantu, a ten w kremie zamiast kremu. Może lepiej nie wiedzieć ile rodzajów robaków poznałyśmy. Niby wciąż ta sama Boliwia, a jakby inny świat. Mówią że w Boliwii są WSZYSTKIE strefy klimatyczne, więc podróżnikom polecam – nie trzeba jeździć po całym świecie, wystarczy dobrze poznać Boliwię.

Po odwiedzeniu po drodze znajomych misjonarzy – sióstr bezhabitowych, które prowadzą internat (gdzie nazwali mnie lalką Barbi, ze względu na kolor włosów), księży ze swoimi pięknymi ogrodami i papugami oraz żółwiami, po wypiciu szklanek czegoś zimnego, noclegu w Santa Cruz i odwiedzeniu księdza biskupa w końcu dotarłyśmy do Sióstr Służebniczek w Villa Paraiso. Jako ciekawostka, prawdopodobnie, w tej okolicy „diecezji” jest więcej księży Polaków niż Boliwijczyków, a większa ich część pochodzi z diecezji tarnowskiej, czyli mojej diecezji. :) Taki obszar zawładnięty przez Polaków – i biskup też jest Polakiem!

Paraiso, czyli niebo


Villa Paraiso
to nieduża wioska około 2h od Santa Cruz (co oznacza blisko). Paraiso, znaczy niebo, ale pierwsze spostrzeżenie jakim mogłam się podzielić się z Arletą to, że temperatura jest bardziej podobna do piekielnej. Ale po kilku dniach można się przyzwyczaić. Dwie z Sióstr pracują w szkole, natomiast trzecia (która jest Polką) czuwa nad internatem dla dziewczyn, których aktualnie jest 10.  Rano je budzi, czuwa, aby wykonywały swoje obowiązki w internacie, gotuje dla nich obiad, gdy są w szkole, pomaga w zadaniach domowych i po prostu jest. Zawsze gdy się da, gdy dziewczyny potrzebują. Jako, że Siostra ta miała w szczególny sposób zaangażować się w Misje my przejęłyśmy jej zadania – co czasem wymagało dużej kreatywności – szczególnie wybudzenie naszych Słoneczek.

Misja!

Więc kilka słów o Misji. Bo tak naprawdę przed przyjazdem to same nie wiedziałyśmy jak to wszystko będzie wyglądać, o co chodzi i gdzie tam odnajdzie się nasze miejsce. Przyjechało trzech księży redemptorystów z różnych części Boliwii i dwie siostry służebniczki (+ jedna siostra miejscowa, o której pisałam wyżej). Przed Eucharystią w niedziele zaczęli walić (bo nie można tego nazwać pukaniem) w drzwi kaplicy. Ludzie byli zaskoczeni i oburzeni. Ksiądz proboszcz (który musi dojeżdżać i celebruje Msze tylko w niedziele i piątek) oddał im na dwa tygodnie w sposób symboliczny wielki klucz do kaplicy. I tak się zaczęło – dwa tygodnie wstawania, aby o 5:30 modlić się różańcem przez ulice wioski, później wspólnie przeżywać Mszę Świętą, a wieczorem o 19:00 na nowo Eucharystia, ale nie taka sama jak rano.

O 5 wybijał dzwon na pobudkę, a ksiądz dodatkowo wyrzucał petardy i jeździł swoim autem z wielkim głośnikiem przywołując na różaniec i umilając pobudkę piosenkami. Co za zapał misyjny Chrystusowy! Więc zwlekałyśmy się, tyle o ile samemu było trudno, ale aby podnieść dziewczyny…… – Wstajemy, wstajemy, to godzina misji! To czas misji! Wstawajcie, budźcie się! Na początku pomagał dzwon kościelny tuż przy naszych drzwiach, później pomocą okazała się woda, muzyka na wysokim poziomie, próbowałam też gitary, bo tonący brzytwy się chwyta – ale pomimo wszystkich przygód dziewczyny okazały się kochane – podołały! Chociaż czasem się spóźniały, ale to w końcu po boliwijsku.. Wychodziliśmy z 3 różnych miejsc wioski śpiewając, modląc się, dając świadectwo. Na każdym zakręcie dołączał ktoś nowy. I tak z całej wsi gromadziliśmy się wspólnie o 6:00 na Eucharystii. Dużą pomocą w zrozumieniu tematów, które księża nam chcieli przekazać, okazały się symbole, które przynosiliśmy każdego dnia, zarówno rano, jak i wieczorem:

  • woda – przypominająca nam o chrzcie
  • Krzyż – przypominający o krzyżu i Miłości Jezusa
  • Biblia – gdy mówiliśmy jak ważne jest rozmawiać z Bogiem
  • Czysta kartka na grzechy – gdy przygotowywaliśmy się do sakramentu pokuty
  • chleb – Eucharystia jako pokarm naszej duszy
  • sól i drożdże – mówiące o tym, że to my jesteśmy apostołami
  • obrazy święte z domów – żeby nauczyć się jak czcić Boga i świętych
  • coś do jedzenia, aby się podzielić – by poczuć prawdziwą jedność kościoła

To kilka przykładów, ale chyba tacy jesteśmy, że jak się coś zobaczy i dotknie to trochę łatwiej zrozumieć, czy zapamiętać.

Misyjne szaleństwo…

Oprócz tego mogłyśmy pomóc przy animacjach w szkole, zabawach, piosenkach, gdzie jedna zabawa Arlety stała się hitem aż do końca misji, którą misjonarze śpiewali przy każdej okazji. Brałyśmy też udział w pielgrzymce z młodzieżą do sąsiedniej wioski i w jednym obiedzie w jeszcze bardziej wsi niż ta wieś. Bo na co dzień misjonarze spali u rodzin i żywili się też u rodzin z wioski. I zaproszenia na posiłki każdego dnia się mnożyły. Bo zapał Chrystusa zapala innych. Każdy z nas może stać się taką iskierką z której wybuchnie ogień. Codziennie każda para (ksiądz i siostra) odwiedzali po kolei wszystkie domy – aby trochę z ludźmi pobyć, porozmawiać, podzielić się czasem. To taki czas, aby być bliżej, może aby ludzie poczuli, że chrześcijaństwo to nie tylko Kościół i Msza Święta. Jezus chce przychodzić do naszego domu, chce przychodzić i być w naszym codziennym życiu, a nie tylko od niedzieli do niedzieli i tylko w Kościele. W czasie kiedy jesteśmy w szkole, w pracy, na polu, w czasie gotowania obiadu i sprzątania – to też może być nasza modlitwa, nie tylko gdy się klęczy to się liczy, a jak nie to nie.

Wszystko zakończyło się w Niedzielę Palmową i chociaż padał deszcz przybyło wiele ludzi zapalonych misyjnym szaleństwem. Nauczyłam się pleść palmę! Bo tu przecież mają taką prawdziwą. I wsłuchiwaliśmy się w nasze serce, tak aby po odjeździe misjonarzy kontynuować dalej to dobre co się zaczęło. Na koniec pamiątki w postaci zdjęć – ach, tyle zdjęć i obiad w gronie księży, sióstr i księdza biskupa. I koniec. Albo lepiej rzec początek. Początek odnowy w Villa Paraiso.

Wszyscy jesteśmy misjonarzami!

To co mnie najbardziej dotknęło to styl życia misjonarzy. Oni przyjeżdżają i robią niezłą.. jak to nazwać.. imprezę? poruszenie?  szaleństwo! I poznałyśmy ich od obu stron – i publicznie wśród ludu, i trochę bardziej prywatnie gdzieś w kuchni, czy w aucie. Co to mi uświadamia? Że słowa nauczają, ale świadectwo pociąga. I że potrzeba nam pokochać Jezusa aż do szaleństwa. Bo tylko tak bliska i autentyczna relacja może pociągać. Że Bóg zawsze chce dla nas szczęścia i tego co dobre! I chociaż czasem wymaga to wyrzeczeń (jak np. wstać rano, czy iść na Msze) i choć czasem my nie widzimy „efektów od razu” to nie warto się martwić. Warto odnaleźć tą Bożą radość – najpierw gdzieś głęboko w sercu, a później na zewnątrz, w świecie, w ludziach, w drobnych wydarzeniach.

Aby stać się małą iskierką Chrystusa, od której będą mogli czerpać i zapalać się inni. Tak aby na świecie zapłonął wielki ogień Bożej Miłości. Bóg na nas liczy, bo przecież wszyscy jesteśmy misjonarzami!

Więc w drogę!

 

 

Facebook