Peru, San Lorenzo: Ale to ja im, czy oni mi?

Kilka miesięcy temu pisałam o wezwaniu „Piecykowa idź i głos Chrystusa”, ale czy to działa tylko w jedna stronę? Często wydaje mi się, że jest wręcz odwrotnie… Bywa, że to ludzie tu, w peruwiańskiej dżungli – myślę, że nawet nieświadomi tego – pokazują mi Bożą miłość i obecność w każdym z nas. 😊

Skąd ta refleksja?

W wigilię Bożego Narodzenia pojechaliśmy rano z księdzem Martinem odprawić Mszę Świętą do kaplicy w dzielnicy Carabanchel. Jeszcze przed rozpoczęciem ludzie gromadzili się, a ksiądz na uboczu obok kaplicy spowiadał chętnych. Stałam przed kaplicą rozmawiając zwyczajnie z kilkorgiem ludzi. Było tam też małżeństwo (nie często spotyka się tu małżeństwa sakramentalne, czy choćby urzędowe). Zwykli ludzie. Ubodzy, mający kilkoro dzieci, które kochają i starają się stwarzać im godne warunki życia i rozwoju.

Nawiązał się między nami prosty dialog:

Ja: Co słychać? Jak się Państwo mają?

Małżonek [nieco żartobliwie i ironicznie]: Ach, ostatnio ta moja żona ciągle się wścieka na mnie, bije mnie…  

Ja [pół żartem, pół serio]: No tak, teraz taki czas gorący, przedświąteczny, wszyscy bardziej rozdrażnieni chodzą… ;)

W tym momencie małżonek zostawia nas i idzie do spowiedzi. Gdy wraca, kolej na jego żonę, która nieco wzbrania się.

On jednak z ogromną troską i miłością, nieco obejmując, a jednocześnie nieco wypychając ją do drogi, mówi:
Idź, idź! Cały rok nie byłaś u spowiedzi, raz do roku trzeba! 

Poszła. Bynajmniej nie wbrew sobie ani nie na siłę.

Często biegamy, nie mamy czasu, a gdy gdzieś upadniemy duchowo, droga do konfesjonału bywa tą najdłuższą i najtrudniejszą. Zawsze jest wymówka. Nie jest niczym przyjemnym przyznać się ze skruchą do błędu, czy winy.

A tu, w wigilię niby nic, niby drobiazg, a jednak „wigilijny cud”!

Uśmiechnęłam się w duchu [i na twarzy chyba też 😊] i tak sobie pomyślałam, czy mój małżonek za jakieś 20 lat też zatroszczy się o czystość mego serca, gdy mi zabraknie odwagi? Mam nadzieję, że tak i mam nadzieję, że dla każdego z nas może to być wezwanie do troszczenia się o siebie nawzajem niezależnie czy w małżeństwie, braterstwie, czy przyjaźni, bo przecież „miłość, kiedy jedno spada w dół, drugie ciągnie je ku górze”.

Dziś już zbliżamy się błyskawicznie do końca Wielkiego Postu, przed nami znów gorący czas, pełen pędu i rozdrażnienia (o mamie krzyczącej w kuchni „nie rusz, to na święta!” nie wspomnę ;)).

Może więc warto zatrzymać się na chwilę i pomyśleć, jak się ma Twoje serce? I nieważne, że historia jest wigilijna, a my dziś przygotowujemy się do Wielkanocy, bo przecież Miłość narodziła się w Betlejem po to, by oddać za nas życie na krzyżu – niech ten „wigilijny cud” z  Carabanchel będzie tylko początkiem kolejnych w sercach każdego z nas! :)

 

Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata i wyciągasz do niego ręce,
jest Boże Narodzenie. 

Matka Teresa z Kalkuty

__________________________________

Przekaż 1% podatku dla najuboższych dzieci i młodzieży w krajach misyjnych!

Wpisz w rocznym zeznaniu podatkowym PIT numer KRS: 0000076477 <<