Peru, San Lorenzo: Miłość jest w Tobie!

Odkąd jesteśmy w Peru, minęły ponad dwa miesiące… Czas leci jak szalony, a wspomnienia i działania już nie mieszczą się w głowie w logicznym porządku: kolory, dźwięki i obrazy dynamicznie się przeplatają na tle znajomych śmiejących się twarzy, zielonej ściany amazońskiej flory oraz oratoriów przy parafii i w dzielnicach La Unión, Monzante, Las Flores i Carabanchel, ale chronologia zaginęła już dawno w loretańskiej (wg podziału  administracyjnego Peru, San Lorenzo leży w departamancie Loreto) czasoprzestrzeni.

ORATORIA FUNKCJONUJĄ

od wtorku do niedzieli: przy parafii w każdy z tych dni, pozostałe raz lub dwa razy w tygodniu. Po pierwszych dniach wdrażania się nieco w otoczenie i działanie parafii przyszła pora na pierwsze samodzielne kroki. Mnie przypadło w udziale wziąć pod swoje skrzydła oratoria w Monzante, Las Flores i Carabanchel, zatem wtorki, środy, czwartki i soboty pracuję w terenie, a w piątki i niedziele wzmacniam ekipę animującą oratorium główne (od piątku do niedzieli jest najbardziej oblegane). I bynajmniej nie przyszło mi to łatwo, ponieważ…

PRZYWIOZŁAM DO PERU SIEBIE, MÓJ CZAS, UMIEJĘTNOŚCI I ZDOLNOŚCI…

ale przywiozłam też moje słabości, ograniczenia i lęki. I chociaż mam za sobą wiele miesięcy współpracy i formacji w Salezjańskim Wolontariacie Misyjnym, niezliczoną ilość razy usłyszałam i zobaczyłam, jak wiele dobra często daje drugiemu człowiekowi, to jednak stosunkowo niewielkie doświadczenie pracy z dużą grupą dzieciaków wzbudziło we mnie lęk i stało się barierą, którą musiałam przełamać i w zasadzie wciąż ją przełamuję :)

PIĘKNO PŁYNIE Z POKOJU SERCA

przyszło w drugim człowieku, w pokoju płynącym z serc ludzi wokół. Mimo kilku rzutów na głęboką wodę, Pan Bóg uśmiechnął się do mnie szeroko i krok po kroku, dzień po dniu, oswajał mnie z lękiem i stresem. W San Lorenzo od początku towarzyszą nam ksiądz Józek, ksiądz Martin, koadiutor brat José oraz Ivan – 18-letni wolontariusz z plemienia Achuar – ich wyrozumiałość, życzliwość i otwartość nie raz są balsamem dla duszy :). Z Bratem Jose już w pierwszym tygodniu ruszyliśmy z działaniami – korzystając, że jest nas więcej, zorganizowaliśmy dla młodzieży małe zawody w piłkę nożną (chłopaki to uwielbiają!) oraz dla młodszych dzieciaków przychodzących do Oratorium, zawody w szachy, warcaby, domino, puzzle, konkurs rysunku i bingo. Oczywiście na zwycięzców czekały nagrody! Słodkie co nie co, ołówek i zeszyt zawsze są źródłem zachwytu! A jeśli zdarzy się do tego oranżada… Istne szaleństwo! :) Piękne szaleństwo! Oratorium w San Lorenzo pełne jest piękna: piękna różnorodności, uśmiechów, radości, piękna serc tych wszystkich młodych ludzi. Wystarczy tylko wydobyć i uwydatnić to, co dobre.

TY ZAŚ, O PANIE NIE STÓJ Z DALEKA; MOCY MOJA SPIESZ MI NA RATUNEK (Ps 22,20)

Nasz dom w San Lorenzo to też miejsce, do którego zagląda często wielu ludzi i bywa, że dostawiamy krzesła do stołu w jadalni. W międzyczasie przez kilka dni gościło u nas kilka osób z Fundacji Don Bosco z Limy (salezjańskiej organizacji zajmującej się wspieraniem rozwoju dzieci i młodzieży). W swoim wolnym czasie niektórzy chętnie towarzyszyli nam w oratoriach i z radością wracali do zabaw z dziećmi i młodzieżą, które to działania zostawili wiele lat temu na rzecz pracy w fundacji. Moje pierwsze wizyty w oratoriach w dzielnicach z jednej strony stresowały jeszcze bardziej, bo to prawie jak wizytacja ;) Ale górę wzięło dobro dzieciaków i w sumie moje własne – ostatecznie było mi o wiele łatwiej wejść w pracę z młodymi w towarzystwie ludzi doświadczonych chętnie też wchodzących w interakcje z grupą. Poza tym nie zawsze miałam głowę do tego, by robić zdjęcia – a więc i takim przyziemnym ratunkiem stała się Elena z Fundacji Don Bosco, która zatroszczyła się o to, byśmy wszyscy mogli wspominać te pierwsze dni w Oratoriach:) Kolejna pomoc nadeszła 20 sierpnia… szalony, pełen twórczych i niekiedy zwariowanych pomysłów czas zaczął się na dobre wraz z przyjazdem dwóch kleryków salezjańskiego seminarium duchownego. Julio i Miguel pełni optymizmu, radości i otwartości wpadli do San Lorenzo niczym bomba salezjańska! Zaczęliśmy od nauki różnych dynamik (piosenek z pokazywaniem) – oni, Peruwiańczycy, mieli stanowczo szerszy repertuar niż my, więc korzystałyśmy zarówno my, jak i młodzież. Przez pierwsze dwa tygodnie wdrażaliśmy kolejne gry w oratoriach, prowadziliśmy wspólnie katechezy, zorganizowaliśmy turniej gier sportowych dla niemal setki dzieci (tu widać było odmienność i jednocześnie komplementarność kobiet i mężczyzn: ja i Ewelina nieraz drżące o bezpieczeństwo dzieciaków, a Julio i Miguel ganiający z wodą cebulową lub zabarwioną farbami dbający o to, by jednak się młodzież wyszalała i zmoczyła po czubki głów ;)).

I wszystko to ze względu na cześć…

NAJPIĘKNIEJSZY KWIAT PERU

Czyli święta Róża z Limy towarzyszyła nam też w tym czasie ze względu na Uroczystość przypadającą na 29 lipca. Pierwsza święta tego kraju jest tu bardzo czczona, czego nie dało się nie doświadczyć. Poświęciła swoje życie Bogu wyciągając swą dłoń do najbardziej potrzebujących: ubogich,bezdomnych i chorych. Część swojego domu zamieniła w szpital, aby móc pomagać bliźnim. Do Limy zjeżdża wielu wiernych by powierzyć swoje intencje przez wstawiennictwo właśnie św. Róży – zgodnie z tradycją listy wrzuca się do studni św. Róży, która znajduje się w ogrodzie przy sanktuarium. My w San Lorenzo – aby przybliżyć naszym parafianom świętą Róże – również  skonstruowaliśmy studnię i ustawiliśmy ją w kościele, gdzie przez tydzień wierni mogli wrzucać swoje intencje i prośby za wstawiennictwem świętej. W dzień św. Róży wszystkie te intencje zostały przyniesione w procesji z darami w czasie uroczystej Mszy Świętej, złożone w ofierze i spalone.

PAN BÓG NIE POWOŁUJE UZDOLNIONYCH, ALE UZDALNIA POWOŁANYCH

We wrześniu ksiądz Józek z Miguelem wyruszyli na dwutygodniową wyprawę w górę rzeki Marañon, aby odwiedzić ludność mieszkającą w wioskach, udzielić sakramentów i dotrzeć z Dobrą Nowiną. W tym czasie Ewelina, Julio i ja intensywnie pracowaliśmy nad konspektami spotkań z młodzieżą w szkołach, chodziliśmy do szkół i w czasie lekcji religii prowadziliśmy pogadankę na tematy życiowe w przystępnej formie, prowadziliśmy katechezy przygotowujące do sakramentów, jeździliśmy do oratoriów angażując dzieciaki w coraz to różniejsze aktywności, a także odpowiadając na ich głosy i potrzeby wysypywaliśmy nowe pomysły na pracę z nimi. Momentem świetnej zabawy zarówno dla nich jak i dla nas była wielka gra planszowa. Na boisku wyrysowaliśmy ogromną planszę, skonstruowaliśmy kostkę gigant (pierwszy raz w życiu!) i wymyśliliśmy 20 zadań… wywołujących ducha rywalizacji, ale też wiele radości i salwy śmiechu ;) Pionkami byli sami gracze, a ich ekipy – jak to w grze planszowej – musieli przestawiać pionki o ilość pól zgodną z ilością wyrzuconych na giga kostce oczek. Chociaż młodzieży brakuje cierpliwości, wszyscy świetnie się bawiliśmy! Czas z Juliem i Miguelem był kolejnym uśmiechem Pana Boga w naszą stronę. Z jednej strony było „łatwiej”, bo to oni inicjowali większość działań, ale jednocześnie dla mnie to był niesamowity czas uczenia się od nich mnóstwa nowych rzeczy, chłonięcia maksymalnie tego, czym mogę dzielić się dalej, obserwowania ich pracy i czerpania z tego. Zbudowaliśmy przez te cztery tygodnie zgraną ekipę, uzupełnialiśmy się pomysłami, zadaniami i choć wciąż nie jestem wybitnym wodzirejem, jestem już wiele kroków, wiele doświadczeń i wiele nowych chwytliwych piosenek dalej i dzień po dniu, tydzień po tygodniu wdrażam je w życie w oratoriach. Zawsze możemy też liczyć na wsparcie księdza Martina i księdza Józka, którzy czuwają nad placówką jak dobrzy ojcowie :) Talenty się mnożą, nasi nowi bracia zaczęli już w seminarium nowy rok akademicki, ale ziarno zasialiśmy i po różnych akcjach wyżej opisanych, w oratorium pojawiają się nowe twarze pytające o nas i korzystają z tego, co to miejsce daje i czym jest. Nam pozostaje pielęgnować te owoce i pracować na kolejne!

WYSTARCZY CI MOJEJ ŁASKI (2Kor 12, 9)

Żyjemy tu jedną nogą w raju – kolory, wschody i zachody słońca, przyroda, dźwięki zwierząt… To coś, czego żadne słowa nie wyrażą, choć mieszkańcy przyzwyczajeni do swojego otoczenia, często tego nie dostrzegają. Żyjemy trochę jakby w raju, ale społeczeństwo nie jest wolne od trosk i trudności doskonale znanych nam w naszych środowiskach. To, co obserwuję miedzy innymi to, że młodzież także tu, w San Lorenzo potrzebuje męskich wzorców, pewnego męskiego ramienia: stanowczego, ale zarazem pełnego miłości, otwartości i cierpliwości, kogoś kto wysłucha, doradzi, zaakceptuje, kogoś kto zagra w kosza, czy w nogę „po męsku”, na ich poziomie lub lepiej (a trzeba tu zaznaczyć, że chłopaki grają bardzo dobrze!), kto wyskoczy na sok, ale też jak trzeba to upomni i jasno postawi granice. Księża Józek i Martin tacy są i zawsze choć na kilkanaście minut zaglądają do Oratorium by rozegrać szybki mecz, by być z młodzieżą, ale młode nowe twarze Julia i Miguela jeszcze bardziej przyciągały chłopaków do oratorium – młodzi znaleźli w nich trochę ojców, trochę starszych braci. Serce się radowało obserwując ich współpracę i integrację!

Ani ja ani Ewelina nie wypełnimy tego wzorca, ale dzieciaki i młodzież tu mają wiele niesamowitych zdolności, talentów i te pomagamy im rozwijać i budować ich tożsamość. Wnoszą też często ogrom radości i uśmiechu, a tym możemy się dzielić i tego uczyć nawzajem. Oratorium to dom, który roztacza swą opiekę, to parafia, która ewangelizuje, to szkoła, która przygotowuje do życia i w końcu to podwórko, na którym możesz znaleźć przyjaciół i przyjacielem stać się dla innych. ´Oratorium´ jest każdy z nas.

Miłość jest tu źródłem wszystkiego i nosi ją w sobie każdy!

Niektórzy mają ją nieco ´zakopczykowaną´, ale jest! W przestrzeniach, w których możemy, jesteśmy i dajemy całe swoje serce. Każdego dnia przełamujemy własne słabości i niemoce, lęki i ograniczenia, często same uczymy się wiele od współpracowników, od dzieci, od ludzi spotkanych przypadkiem, ale w tym wszystkim nieustannie na nowo rozbrzmiewa w mym sercu „wystarczy Ci mojej łaski” i drepczę do przodu z ufnością, że jestem tu, bo Pan Bóg mnie tu potrzebuje, bo wie do czego mnie uzdalnia każdego dnia bardziej. I to staram się przekazać też dzieciom:

Miłość jest w Tobie. To Boży dar. /Jan Paweł II/

 

Facebook