Z misją u Królowej

Podczas gdy w dole na głównych ulicach Szczyrku tętniło życie, na Górce było spokojnie, choć wcale nie pusto. Pojedyncze osoby, rodziny, grupy przychodziły pozdrowić Królową Beskidów i ruszały w dalszą drogę, na Klimczok. Niektórzy zatrzymywali się, by zerknąć na różnorodne rzeczy rozłożone na misyjnym stoliku i kupić jakąś drobną pamiątkę. Zmieniło się to w ostatni dzień naszego pobytu. W Uroczystość Maryi Królowej Polski tłumy przyszły do Sanktuarium pozdrowić Szczyrkowską Królową. O wejściu do środka można było jedynie zamarzyć. Na placu przed kościołem, za kościołem i na okalających górkach stały tłumy ludzi uczestniczące we Mszy Świętej. Niektórzy przyszli z Brennej, niektórzy jeszcze z innych miejscowości, tradycyjnie pielgrzymując do „swojego” sanktuarium przez okoliczne góry. A my?

Przyjechaliśmy do Szczyrku w sobotę 29 kwietnia i przywieźliśmy ze sobą misyjny sklepik, płyty Nieśmiertelni, cel (zebranie funduszy na remont szpitala w Kongo) i dużo entuzjazmu. Codziennie od bladego świtu do wieczornej mszy świętej siedząc za stolikiem wypełnionym misyjnymi skarbami podziwialiśmy Skrzyczne dumnie wznoszące się po drugiej stronie doliny – albo chmury, które nam je zasłaniały. Ale naszym głównym celem i największą radością było opowiadanie ludziom historii misyjnych, związanych z rzeczami, które sprzedawaliśmy. Zainteresowanie było ogromne – tak samo jak i hojność. Z tego też powodu w poniedziałek w sklepiku zostały jedynie ostatnie ołówki i długopisy, dlatego czekaliśmy z niecierpliwością na nową dostawę. A po jej otrzymaniu znów zapełniliśmy nasz misyjny sklepik drobiazgami i rozmowami.

Oczywiście był to tylko jeden ze sposobów na szukanie wsparcia dla misji. Po każdej mszy czekaliśmy na jałmużnę ludzi, którzy chcieli wesprzeć misjonarzy, a w święto odpustowe ks. Jan Hańderek wygłosił Słowo Boże, podczas którego swoje świadectwo pracy misyjnej dali także Michał Król i Monika Kubica. Wielu ludzi pytało, czym zajmuje się nasz wolontariat albo skąd wziął się pomysł na projekt Nieśmiertelni. Ja sama odpowiadałam to tyle razy, że nawet nie zdołam tego policzyć. A w tle tego wszystkiego trwała nieustanna zbiórka funduszy na wsparcie dla potrzebujących i płynąca z tego radość.

Korzystaliśmy z ogromnej gościnności Salezjanów w Szczyrku do 3 maja. Te pięć dni były czasem intensywnego głoszenia – nawet jeśli naszym świadectwem była jedynie sama obecność. Ktoś mógłby pomyśleć, że zmarnowaliśmy majówkę, bo będąc w Szczyrku, duchowej stolicy Beskidów, tkwiliśmy w miejscu zamiast przemierzania kilometrów górskich szlaków. Jednak dla nas była to po prostu chwila spędzona w domu Matki – Królowej, która w połączeniu ze spełnioną przez nas misją dała więcej radości i satysfakcji niż jakakolwiek wędrówka.

Daria Sosna

 

Facebook