Nigeria: Droga do nieba

Nadeszła wiekopomna chwila, aby w końcu coś napisać z Nigerii. Tak, jesteśmy w Ibadanie, to prawda, choć warto mnie czasami uszczypnąć, by uświadomić mnie o tym. Samo miasto, w którym przyszło nam żyć przez niespełna dwa miesiące jest ogromne.

Cała nasza podróż do najliczniejszego kraju Afryki była, jak tytuł wskazuje, drogą do nieba. Zresztą nie tylko podróż, ale mam nadzieję, że cała misja jest tą drogą do nieba. Już tłumaczę dlaczego.

Po pierwsze, lecąc samolotem, praktycznie cały dzień (z przerwą w Dubaju) nigdy nie byłem tak blisko nieba. Niesamowite wrażenie, zwłaszcza w żołądku, kiedy samolot startuje. Jedna ze stewardess była Polką. Warto dodać, że była Polką ze zdziwioną miną na wieść o tym gdzie lecimy. Po co do Nigerii? Aby przygotować i przeprowadzić obóz wakacyjny (Holiday Camp) dla 400 dzieci.

Po drugie, nigeryjskie drogi są tak specyficzne, że coraz częściej myśli się o życiu po śmierci. Ma się oczywiście rozumieć, że w niebie. Poza tym, żeby nie przerazić bliskich i przyjaciół są to drogi, dzięki którym każdy nauczy się świetnie tańczyć (dancing road). No dobra, w moim przypadku tylko ruszać biodrami.

Po trzecie, już tak na poważnie. Całe nasze życie jest właśnie taką drogą do nieba, do świętości czy drogą ku zbawieniu. Dla mnie sam wolontariat misyjny jest niesamowitą okazją kroczenia tym właśnie szlakiem wytyczonym przez Boga. Niewątpliwie jest to trudne wyzwanie, ale, uwierzcie mi, naprawdę warto się go podjąć.

Na tej drodze towarzyszy nam wspólnota. I w Ibadanie mamy wspaniałą okazję żyć i pracować z najlepszym zakonem na świecie. Mam tu na myśli Salezjanów, którzy serdecznie nas przyjęli i nieustannie pomagają nam się zaklimatyzować.

Na końcu warto dodać, że już na początku naszego pobytu w Nigerii mieliśmy okazję poznać tamtejszą fantastyczną młodzież. Z kolei w mojej głowie utkwiło niedzielne spotkanie w Remand House z dzieciakami niepełnosprawnymi czy potrzebującymi specjalnej opieki. Razem z nimi i z Klaudią uczestniczyliśmy w uroczystej Mszy świętej, a potem wspólnie bawiliśmy się i tańczyliśmy. Początek spotkania nie należał jednak do najprostszych, próby rozmów zakończyły się niepowodzeniem – dzieci nie rozumiały co mówimy (ze względu na dialekt Yoruba) i my ich tym bardziej nie rozumieliśmy. Nawet przybijanie piątek nie spotkało się z wielkim entuzjazmem. Dlaczego? Wspomniany Remand House to miejsce, gdzie system prewencyjny nie istnieje. Dzieci często są bite, dlatego też bały się, gdy podnosiliśmy ręce. Myśli uciekały więc do księdza Bosko, co zrobiłby ten przyjaciel młodzieży, który 200 lat temu radością i miłością zdobywał serca chłopców żyjących na ulicach Turynu? Balony z wodą, tańce i uśmiech wystarczyły – zabawa była przednia, a cały dzień cennym doświadczeniem. Kolejny raz zobaczyliśmy jak wielka jest radość w najuboższych zakątkach świata.

Tego dnia towarzyszyła mi myśl, by ujrzeć Boga w drugim człowieku, choćby najbardziej bezbronnym, niewinnym i potrzebującym pomocy. Takie jest więc nasze zadanie. I kropka.

kl. Piotr Leśnikowski sdb

Zostań wolontariuszem misyjnym

Facebook