U początku naszej pracy

Kiedy nasza łódka przybiła do brzegu przystani w San Lorenzo nie wiedziałyśmy, co nas czeka za chwilę, jak to będzie kiedy spotkamy się z mieszkańcami, jak uda nam się zrealizować to wszystko, co chcemy tu zrobić, co Bóg tu dla nas przygotował. Ale Pan jest wielki i opiekuje się nami cały czas – spotykałyśmy Go w każdym uśmiechu, w każdej rozmowie, w wielu miłych powitaniach. W pierwszych chwilach byłyśmy bacznie obserwowane przez tłumnie zebranych w porcie. Wiadomo było, że przypłynęły nowe hermanas – siostry, bo tak nas tu wszyscy nazywają. Ku naszej radości przybył też ksiądz Roman, proboszcz naszej parafii, z którym poznałyśmy się wcześniej w Polsce. Pierwszym miejscem, które zobaczyłyśmy był kościół, ponieważ była niedziela wieczór, a my będąc cały dzień w podroży, nie miałyśmy okazji być na Eucharystii. I wtedy to ksiądz przedstawił nas wspólnocie parafialnej, dostałyśmy gromkie brawa.

Czas, w którym przyjechałyśmy też był wyjątkowy, bo parafia przygotowywała się do odpustu z okazji dnia św. Wawrzyńca – patrona parafii i miasta. Z tego względu w centrum miasteczka wrzało: scena, a na niej występy w przeróżnych kategoriach, ku naszej radości występowały na niej również dzieciaki z oratorium, grupa taneczna prezentowała sayę, taniec pochodzący z Boliwii. Już wtedy wiedziałam, że młodzież jest zdolna i praca z nimi będzie owocna. Dużą radość sprawiło nam spotkanie z wolontariuszką Anią Biskup, która przygotowując się do wyjazdu z San Lorenzo po swoim rocznym pobycie tu pokazała nam wszystko to, co powinnyśmy wiedzieć i przedstawiła dzieciakom w pozostałych oratoriach. Bardzo inspirujące spotkanie. Druga wolontariuszka, też Ania, wyjechała nieco wcześniej, ale z nią mogłyśmy się spotkać w Yurimaguas, jednym z miast przez które trzeba przejechać w drodze do San Lorenzo. Dzięki dziewczynom i ich zupełnie świeżym opowieściom miałyśmy już przedsmak tego, co miało się dziać za chwilę. Już drugiego dnia naszego pobytu tutaj miałyśmy okazję wybrać się na spacer do dżungli. Selva, czyli dżungla jest, jak to mówią, wielką tajemnicą: z jednej strony nieznanym, szczególnie kiedy udać się w jej głąb, potrafi być niebezpieczna. Tu jednak jest codziennością – stąd pochodzą owoce, tu kryją się poletka uprawiane przez mieszkańców, jak też ich domy, aż wreszcie najpiękniejsze zakątki świata, jakie można sobie wyobrazić. Zdumiewam się niemal za każdym razem jak to widzę, jak płyniemy rzeką, spacerujemy.

Bóg jest wielki, że to wszystko stworzył. Są chwile kiedy nie wierzę, że tu jesteśmy, a kiedy patrzę przed siebie widzę obrazy, jak z tapety Windowsa, tyle że nie przerabiane w żadnym programie. To jest prawdziwy raj na ziemi. A mieszkańcy? Cóż, mają nieco ciemniejszą skórę i są od nas niżsi, no i mają nieco inny temperament, ale oprócz tego niczym się nie różnimy.

U początku naszej pracy prosimy czytających te słowa o modlitwę, w naszej intencji, o to żeby jak najlepiej wykorzystać ten podarowany nam rok tutaj.

Paulina

San Lorenzo, Peru

Facebook