Ostatnie dni i troche o moim kawalku Ziemii…

Temat rzeka. Tyle do powiedzenia o naszym oratorium. Trzeba przejsc przez pol miasteczka (ok, nie pol. Ono tak naprawde jest duze, tylko strasznie rozlegle), kolo szkoly, szpitala i przez ‘lotnisko’, zeby trafic na ulice, o ktorej juz zdarzylo mi sie powiedziec ‘moja’. Tam cala chmara dzieci, ktore pedza razem z nami do naszego oratorium. Czym jest nasze oratorium? No tak, pozornie prawie nic tam nie ma. Jest kaplica, w srodku lawki, obok dwa trawiaste boiska, studnia i pelno blota po deszczu. A z tylu las.

–        Syla, wiesz czym dla ciebie bedzie to miejsce po tym roku tutaj? – powiedziala mi raz Magda. No tak… Juz dzis nie umiem opisac tego w kilku zdaniach. Od poczatku wiele sie tam dzialo. Zdarzylo nam sie juz miec tam pozar, wyciagac ze studni pilke do siatkowki wykorzystujac do tego dziecko zawieszone na skakance, grac w noge w ulewie i byc od blota umazanym doslownie WSZEDZIE. Zdarzylo sie smiac codziennie i plakac od czasu do czasu, nawet raz po prostu kazac wszystkim isc do domu i zamknac drzwi. Zdarzylo sie ‘miec stracha’ przed wyjsciem na srodek z tym naszym salezjanskim ‘slowkiem na popoludnie’ i zarzylo sie pomyslec, ze juz to lubie (tj wyglaszac codziennie slowko :P ). Zdarza sie czesto biec boso przez trawe i – po prostu – czuc sie jak u siebie!

Bo dzieci po jakims czasie zapominaja, ze do nas – z Europy – mozna byc uprzedzonym. Albo inaczej – one nawet tego nie wiedza. Tam moge byc nawet jedna z nich. Tylko od czasu do czasu slysze, ze ‘mam wlosy jak lalka’.

Czasem mysle sobie, ze gdyby w tym miasteczku byly same dzieci, to bylabym tu juz w stu procentach ‘u siebie’. Przytulaja sie, usmiechaja i przychodza nastepnego dnia.

Zdarzylo sie uciekac przez oba boiska w trawe przed kims z jaszczurka w rece, zdarzylo sie skakac w gume haha i miec pajaka w kieszeni, zdarzylo sie pomalowac cala sciane, zdarzylo sie spiewac trzy godziny, zdarzylo sie (ale to akurat Magdzie) wpasc do blota po kolana i nie umiec wyjsc, to znaczy wyjsc zostawiajac gumowce w tym blocie. Zdarzylo sie nawet prawie wjechac komus w plot motorem i robic codziennie ludzi w konia w kosciele spiewajac piosenki ze zmieniona melodía.

…..

Nawet sie nie zastanawialam po raz setny- kto by pomyslal. O takich rzeczach po prostu nikt nie mysli.

A termity do dzis atakuja moj pokoj.

Choc… Moze I to wszystko brzmi pieknie, ale nie zawsze takie jest. Juz to czuje na wlasnej bladej skorze, ze wolontariat misyjny nie musi byc slodkim tortem. Nie wiem, czy kiedykolwiek nim jest. Choc to slowo – misja – czasem troche z nim uwazam. Chodzi mi o to, ze kojarzy sie z jakimis wielkimi dzielami, a ja nie robie wielkich rzeczy. Ja dziele sie kawalkami swojego zycia, przytulam dziecko, jak placze nawet z byle powodu, zrzucam buty I wskakuje do blota, gram na gitarze kiedy trzeba I spiewam, kiedy kaza. Nic wiecej nie potrafie

I ufam, ze to faktycznie mialam byc ja. Ze to wlasnie o to chodzi – podzielic sie tym, co uwazam na zajpiekniejsza rzecz, jaka znalazlam w zyciu – wiara. Bo nigdy nie spotkalam ludzi bardziej szczesliwych, niz ci, ktorzy wierza w Boga.

Hmmm I przyznam, ze potrafi byc bajkowo. Obudzic sie na lodce wracajac do San Lorenzo z ‘oplywu’ (zainspirowane slowem ‘objazd’) po comunidades (wspolnoty w malych wioskach) – ok jeszcze raz – obudzic sie na lodce, a raczej byc obudzonym przez czarnookie dziecko, ktore sie smieje, ze w ogole zasnelam, gdzies na mojej Marañón, to jest dopiero nieziemskie.

………….

Nie wiem, czy jeszcze cos sklece przed wyjazdem do Ullpayacu. Tam nie ma internetu, zasiegu, zreszta w ogole prad te kilka godzin ledwo jest. Wiec widzimy sie w polowie grudnia!!!

A wtedy – to dopiero czeka Was relacja!

Sylwia &M

Facebook