Awangardowa mamuśka

Wraz z rozpoczęciem się szkoły, rozpoczęły się moje stałe obowiązki z nią związane. Dzień rozpoczynam wyprawieniem dzieci do szkoły.

Przed ósmą włączam telewizor, który jest jedyną rzeczą na tyle wciągającą najmłodsze dzieci ( podstawówka), że nie ma obawy o to, że się wybrudzą. Kiedy one z rozdziawionymi buziami siedzą i po raz setny oglądają „Beethovena” ja wypycham najstarsze dziewczyny do szkoły. Wypycham, bo nie spieszy im się za bardzo. Wydaję drugie śniadanie i przybory jakie mają przynieść na dane lekcje – słownik do angielskiego, śpiewnik, samponie, 20 bolivianos na ksero, bułkę i 2 marchewki…

W międzyczasie wychodzą dzieci z takiego naszego gimnazjum. Ci znów stoją gotowi i trzeba pilnować żeby razem z najmłodszymi nie oglądali po raz setny „ Bethovena.” Do tego wszystkiego potrafi wybuchnąć kłótnia o tego „ Bethovena” bo jeden chce oglądnąć scenę nr 5, a pozostali scenę 7, a jeszcze inni scenę 3. Przy włączaniu telewizora zabawne jest to, że dzieci z racji, iż hiszpański nie jest moim narodowym językiem, oraz nie jestem tutejsza, myślą że nie umiem obsługiwać telewizora i dvd na którym, jak na każdym dvd świata play jest play, stop jest stop, a pause – pause. Nie seniorita tego na pewno nie wie, bo w Polsce są inne dvd. Tak samo jak seniorita nie słyszy beknięcia, bo hiszpański, bo nie jest tutejsza, bo w Polsce nie ma bekania, i seniorita nie czuje bąków, bo hiszpański, bo nie jest tutejsza, bo w Polsce nie ma puszczania bąków.

Na końcu wychodzą dzieci z podstawówki, po tym odprowadzam małą Paolę do przedszkola. Kindergarten, bo tak się ono tu nazywa, nie wygląda jak nasze przedszkola. Mało przytulne to miejsce jak dla mnie – zimne i brudne, ale cóż takie są tu standardy.

Dzieci zbierają się na dziedzińcu przedszkola, ustawiają się w szeregach gdzie wita ich pani dyrektor. Na około dziedzińca stoją rodzice, ja razem z nimi. Gdy tak stoję i widzę jak na mnie spoglądają czuję się jak awangardowa mamuśka. Widzę jak na ich twarzach rysuje się zdziwienie- że co ja tu robię. Tak jak by do nas do przedszkola z dzieckiem weszła kobieta cała wytatuowana, z kolczykami gdzie popadnie- niby wszystko w porządku, ale każdy sobie myśli co ona tu robi. Podobnie i ja czuję się odprowadzając i odbierając Paolę. Pani dyrektor wita dzieci: rączki do góry, na dół, do góry, słoneczka robimy- co ciekawe, moduluje tak samo głos jak wszystkie panie mówiące do dzieci. Później pytanie czy zimno, albo czy spały dobrze i przychodzi kolej na odśpiewanie piosenki o fladze. Tak dzieci śpiewają piosenkę: Mi bandera – moja flaga, przy akompaniamencie akordeonu. Temat flag i jej kultu jest dość obszerny więc o niej innym razem  Później dzieci przy akompaniamencie tegoż samego akordeonu rozchodzą się szeregiem, zataczając koła po całym dziedzińcu, do swoich klas. Po małą wracam o godzinie 12 i z reguły czeka już na mnie przy wyjściu. O jakie zdziwienie budzi biała idąca z małą boliwijską dziewczynką, jak patrzą na nas. A jak jeszcze ta mała uwiesi się na płocie bo ma akurat ochotę porozmawiać z figurą Maryi i Jezusa, i woła na pół miasta : „hey Jezusiku, Maryjkooo!!!” a biała cierpliwie stoi i czeka, aż sobie dziecko porozmawia to w ogóle patrzą. A czasem biała do dziecka wiszącego na płocie powie coś w dziwnym języku ( polskim) to w ogóle nie mogą się nadziwić. Tak właśnie wygląda mój poranek i wczesne popołudnie 

 

Facebook