Misja HAND MADE

Witaj Przyjacielu!

Znikające kartki z kalendarza wskazują, że czas mija nieubłaganie, również ten, kiedy odczytałam Twój ostatni list. Choć wydarzenia, które naznaczyły początek czerwca są tylko wspomnieniem, to jednak w sercach piątki ochrzczonych z Sunyani na zawsze została wlana wiara. My od tego czasu możemy się tylko radować, że nasza wspólnota zwiększyła się o pięciu członków – Joseph, Atta, Michael, Emmanuel, Timothy. Szczególnie ten ostatni promieniuje nieznanym mi dotąd szczęściem.

Kilka dni temu rozpoczęłyśmy nasz jedenasty miesiąc w Ghanie i nawet bym tego nie zauważyła, gdyby nie obchodzone z dokładnością kalendarzową, święta kościele czy narodowe, uroczystości. Podczas, kiedy w głowie wciąż wspomnienia afrykańskich pierogów z barszczem, noworocznego szukania żółwi czy ghańskich pisanek, ogłoszenia parafialne nawoływały, że oto zbliża się Boże Ciało (Uroczystość Ciała i Krwi Pańskiej). Nie było to jednak w czwartek (jak przystało na Polskę), a w niedzielę. Dokładniej jednak rzecz ujmując, salezjańska parafia zaprosiła mieszkańców z wszystkich wiosek, na uroczystości trwające aż trzy dni. Sama procesja wydaje się być znajoma, bo cztery ołtarze, ludzie maszerujący za monstrancją, śpiewy i tańce (to ostatnie, to smak Ghany oczywiście). W dni poprzedzające odbył się pochód ze świecami oraz różaniec, a także spotkania z duchownymi.

Można wiec skreślić kilka dni w dzienniku, a za następną kartką ukryła się impreza pożegnalna ks. Piotra, który za kilka dni miał wyruszyć na podbój Polski. Jednak to szczególne pożegnanie dotyczyło zmiany miejsca Jego posługi, gdyż pod ośmiu latach pracy duszpasterskiej w Sunyani, dziś rozpoczyna swoją nową drogę – delegat ds. młodzieży Inspektorii Afryki Zachodniej. Nikt niestety nie liczył, ile osób przekroczyło w ostatnich dniach czerwca progi domu wspólnotowego, by powiedzieć Piotrowi „dziękuję”. Sama usłyszałam tylko jedno zdanie w odpowiedzi „taka nasza praca”.
Jak mówi jednak starosłowiańsko cerkiewne powiedzenie: w przyrodzie nic nie ginie. Tak więc, choć polską ambasadę opuścił w lipcu Piotr i Michał z Ashaiman, do drzwi zapukali dwaj goście. Asia i Gosia postanowiły odwiedzić naszą małą ojczyznę – Sunyani. Zamiast oferować im wycieczki z wykwalifikowanym przewodnikiem, na lotnisku powiedziałyśmy „welcome to Ghana”, a potem przyszedł czas na całą resztę. Natychmiast stały się częścią naszej rodziny, w której chłopaki wciąż uczą się wymawiać te imiona. Są ambitni, więc nic dziwnego, że możemy słyszeć od wczesnych godzin porannych „Asia! Gosia!” – chcą przecież dojść do perfekcji. Przyjazd naszych gości nie tylko zmienił liczbę obroni w okolicy, ale przede wszystkim my pokażemy dziewczynom Ghanę, a One z pewnością otworzą nam oczy na to, co zachwycało jeszcze jedenaście miesięcy temu.

W całym zamieszaniu bagażowym w nasze ręce trafiła jeszcze jedna torba, niby lekka, ale ogromnych rozmiarów. Przez kilka chwil tajemnicą była jej zawartość, jednak Gosia nie czekała zbyt długo – tutaj są gry z Polski! Tak wiec stało się. Pierwsze gry, zabawki i puzzle trafiły do naszego oratorium, a wszystko za sprawą wspaniałych ludzi, którzy odpowiedzieli na naszą akcję „gra dla dziecka na dzień dziecka”. Obie wiemy, że nie uda nam się dotrzeć do każdej osoby, jednak mam nadzieję, że uśmiechy uwiecznione na zdjęciach z oratorium Don Bosco Boys Home, staną się dowodem na to, jak wielkie dobro może przyjść w małym pudełku z grami. Co o tym myślisz?

Uwaga! W Ghanie należy ubierać kalosze i to nie jest żart. Burze nawiedziły nasze miasteczko wielokrotnie; nie raz miałam wrażenie, że nasz kot ma nocne spotkania z piorunami. Połamane drzewa papai są dowodem, że te nie kończą się przyjemnie. Jednak nie w tym rzecz. Chodzi o ryby, pływające w naszym oratorium. Jest ich dziesiątki, a nawet setki. Mają kolor czerwony, pomarańczowy, zielony, niebieski. Są okrągłe, ale i zimne w dotyku, z drugiej strony złapane nie wyślizgują się. Pytasz o nazwę gatunku? Te czerwone do coca – cola, pomarańczowe to fanta, zielone to sprite, a niebieskie star. Nazwy są Ci znane? Dziwiłabym się, gdyby nie. To oczywiście nazwy napojów pitych w Ghanie, a te rybki to kapsle z butelek, które porozrzucane na podłodze służą nam za obiekt łowczy. Pewnego dnia w mojej dłoni znalazł się patyczek i kawałek magnesu, podeszłam do kapsla i stało się jasne, że w następnych tygodniach nauczymy nasze dzieciaki łowić ryby, tudzież kapsle. Wędki były gotowe, staw zbudowany – czas zacząć zabawę.

Czy to byłoby na tyle z naszej wyobraźni? Nie tak szybko. Pamiętasz popołudnie, kiedy w ręku znalazły się noże? Nie, nie było bitwy, raczej wojna (!) z kartonami, które nie dawały się tak łatwo pokroić na małe kawałki. Kiedy jednak okazało się, że szala zwycięstwa przechodzi na naszą stronę, czas było wziąć w rękę pędzel (szpady nie było akurat) i pomalować kartoniki na kolory tęczy. Tym sposobem znalazłyśmy nowe zajęcie dla naszych architektów. Teraz w oratorium powstają kolorowe wieże, ślimaki na podłodze, czasem jeszcze wciąż nieokreślone konstrukcje, ale czy ktoś będzie się tym przejmować? Tylko nasza wyobraźnia.

Od dawna nosiłam się z zamiarem pokazania Ci czegoś: zeszytów Erica i Gabriela. Przecież to z nimi spędzamy najwięcej czasu w ostatnich miesiącach i to właśnie u tych chłopaków tak widoczny jest postęp w edukacji. Gabriel coraz płynniej czyta, robi wszelkie zadania z gramatyki i zaczął brać udział w konkursach z tabliczki mnożenia (które robią furorę wśród chłopaków, albo nagrody. Sama nie wiem). Z kolei Eric, z chłopca który nie potrafił usiedzieć na krześle, stał się pilnym uczniem, znającym dodawanie, odejmowanie, zasady mnożenia, już nie tylko rozpoznaje litery, ale pisze zdania, zna kolory, zapisuje swoje imię i nazwisko. Rośnie nam mały geniusz? Czas pokaże.

Dni coraz mniej, a w głowach jakby coraz więcej pomysłów, które wylewamy w oratorium czy w czasie zajęć z chłopakami. Pojawiające się inicjatywy, pomysły na gry czy techniki uczenia? To tylko na „misji HAND MADE”.
Zegar misyjny zaczął bić coraz szybciej; zostało zaledwie kilkanaście dni do wyjazdu, zajęć z chłopakami, wieczorów filmowych, kilka Eucharystii na ghańskim lądzie, spotkań w oratorium. Jeszcze wschody i zachody słońca, a po ostatnim zachodzie, słońce obudzi nas w domu.

Czy będzie nam trudno wyjechać? Chyba każda z nas odpowie sobie na to, kiedy nadejdzie już ten dzień. Bo czy łatwo opuścić ukochany kraj, by powrócić do ukochanego kraju? W każdym razie „Polak potrafi”.

Z pozdrowieniami od gości naszej polskiej ambasady i od członka honorowego – kota Tygrysa,

Agucha

PS. Uczynił wszystko piękne w swoim czasie (Koh 3,11).

Facebook