Koza wpływa na wszystko

Aguchu Ma,

dziękuję za piękne życzenia świąteczne, które zobaczył już chyba świat cały, a przynajmniej jego mroźna, północna część. Uśmiechem witam więc Nowy Rok, a patrząc na Ciebie wiem, że wystarczy nam energii na każdy nadchodzący dzień. Wystarczyło kilka cieplejszych promieni słonecznych, odrobina morskiego powietrza i niekończące się podróże tro tro z plecakiem na kolanach, by poczuć szczęście.

Święta Bożego Narodzenia daleko od rodzinnego domu były nie lada wyzwaniem. W Ghanie nie ma wielu tradycji, toteż poza kilkoma ozdobionymi sklepami spożywczymi, bardziej niż zwykle zatłoczonym środowym targowiskiem i w kółko powtarzanymi w radio piosenkami w stylu „Feliz Navidad!”, nie działo się nic specjalnego. Jak zawsze zza gorących promieni słonecznych wyglądały na nas wysokie palmy, ani na moment nie wykazujące chęci przeistoczenia się w choinki, a śniegu szukać można było tylko na importowanych przez Internet obrazach przedstawiających Polskę. I pomiędzy tym ciepłem, lekkimi ubraniami i codzienną pracą z chłopcami, zrozumiałam, jaki jest tego sens. Tylko tyle, ile ze sobą przywieziemy – nie w plecaku, ale w sercu: polskiej tradycji, nastroju, potraw, zwyczajów – będzie nam towarzyszyło przy wigilijnym stole. I kiedy tu, trochę bliżej Równika, znika cała zewnętrza otoczka, jaką są reklamy, zatłoczone supermarkety i niezliczone paczki świąteczne, odkrywamy dopiero tajemnicę Bożego Narodzenia. Bo Jezus narodził się nie na wystawie sklepowej, ale w ubogiej stajni, pośród niczego.

To była wielka lekcja dla mnie, wiesz? Niezapomniana. Zupełnie jak Msze Św. w pobliskich wioskach – Sereso i Adoe, do których zabierał nas salezjanin, brat Paolo w całym okresie świątecznym. Ten najwyższy zapewne na ghańskiej ziemi Włoch o niespotykanie rozwiniętej mimice twarzy, wprowadził nas w niezwykły świat ubogich ludzi, których wspólnoty kościelne liczą sobie dopiero po kilka lat.

Tamtej niedzieli wysiedliśmy z samochodu ok. 10:30, otrzepując się z kurzu półgodzinnej przeprawy po wyboistej drodze, wiodącej do Sereso. Wokół niewielkiego kościoła, zbudowanego przez salezjanów i wolontariuszy parę lat temu, rosną jedynie wysokie trawy i drzewa palmowe. Ku naszemu zaskoczeniu, w kościele siedziały dwie osoby. „Tak jest zawsze” – wyjaśnił br. Paolo. Po chwili wskazał nam ścieżkę prowadzącą do domów mieszkańców tej części wsi i dodał: „Chodźmy sprawdzić, kto jeszcze dziś może pojawić się w kościele…” Maszerując więc za naszym salezjańskim przewodnikiem, który sam siebie określa mianem „człowieka wsi”, bo co niedzielę odprawia w nich nabożeństwa, zaglądaliśmy do małych, glinianych lub drewnianych domków i pozdrawialiśmy wszystkich ludzi dookoła. To było dosłownie jak „łowienie wiernych”, lub jak spacery ks. Bosko po Turynie w poszukiwaniu opuszczonych i potrzebujących chłopców.
– Br. Paolo, a skąd wiesz, którzy ludzie są katolikami? – zapytałam, widząc jak brat dokładnie wiedział którym ludziom „przypomnieć”, że należy przyjść do kościoła.
– To proste. W niedzielę wkładają najlepsze ubrania, jakie mają. – odpowiedział, chwytając za rękę kolejne dziecko.
Dzień wcześniej, w tej samej wiosce, usłyszałam natomiast taki dialog:
– Dzień dobry Panu! – zawołał br. Paolo do jednego z mężczyzn, siedzących pod swoją chatką.
– A dzień dobry! Co słychać?
– Świetnie. Przyjdzie Pan do kościoła? Dziś Boże Narodzenie.
– Boże Narodzenie? A, tak. Słyszałem coś o tym.
Uśmiechnęłam się tylko szeroko na te słowa, widząc charakterystyczną minę br. Paolo mówiącą, że nic go już tu nie zdziwi.
Zazwyczaj po takiej przechadzce, w kościele czekało już kilkanaście osób więcej. Co ciekawe, głównie dzieci, które siadały spokojnie w pierwszej ławce, często nie rozumiejąc nawet TWI, w którym zasadniczo odbywało się nabożeństwo. Jeden mężczyzna wystukiwał rytm na drewnianych cymbałach, inny na bębnach, a kilka kobiet podnosiło głos, tworząc charakterystyczną melodię. Początkowo zdumione nami spojrzenia, przerodziły się w uśmiech, gdy wraz z wszystkimi poruszałyśmy się w rytm kościelnej muzyki. Najciekawszym był oczywiście aspekt językowy: br. Paolo mówił po angielsku, a wierni odpowiadali w TWI. Jako że jest to bardzo młoda wspólnota, ludzie nie zawsze wiedzieli jak się zachować. Szczególnie na końcu, podczas ogłoszeń, zawsze ktoś wdawał się w niepotrzebną dyskusję z katechetą. Mimo to, z kościoła, który w czasie całego nabożeństwa stopniowo się zapełniał, wychodziliśmy uśmiechnięci, dziękując za dary, które leżały już w bagażniku naszego pick-up’a : fasolę, plantany, a nawet jajka.  Jak zwykle, opuszczając wioskę, towarzyszyły nam okrzyki dzieci, powtarzające jak mantrę słowa „bruni, kaka ma coś tam..”, będące – jak się dowiedziałam ostatnio – wierszykiem o białym człowieku, którego wszyscy uczą się… w przedszkolu.

I tak jak Święta minęły w niezwykły sposób, tak i Nowy Rok przywitaliśmy na piaszczystym wybrzeżu Ada Foah, tuż przed północą poszukując z latarkami żółwi morskich, które pojawiają się tam, by złożyć jaja. To jak będzie wyglądał przyszły Sylwester? Czekam na jeszcze ciekawsze propozycje.

Przemierzając Ghanę w ostatnim czasie, zastanawiałam się nad różnorodnością kulturową, krajobrazową i językową kraju. Pora sucha szczególnie dała się we znaki na północy, powodując całkowite zakurzenie nosa, oczu i uszu. Litrami wypijane napoje i ścisk we wszelkich rodzajach transportu publicznego, już na zawsze będą kojarzyły mi się z tamtą wyprawą. Północ ma w sobie czar, który łatwo przeradza się przekleństwo. Najdłuższa w tym regionie pora sucha, trwająca od października do kwietnia, obfituje w nietypowy i piękny dla oka krajobraz: żółte, niekończące się trawy, na nich majestatyczne baobaby, które obserwowałam jak zaczarowana, a pośród tego połączone ze sobą lepianki, tworzące niewielkie wioski. I to tu właśnie zaczynało się przebudzenie. Trud życia w takich warunkach, woda, której nieraz brakło, odległości pokonywane w palącym słońcu, edukacja, która dociera stopniowo. Nawet piękno ma dwie strony.

Niewątpliwie jednak, Aguchu, czerpałaś radość z pokonywanych kilometrów, które na ostatnie pięć miesięcy zatrzymały się w Sunyani. Nie mogę nie wspomnieć o Twoim nowym hobby, które odkryłaś, jadąc kolejnym środkiem ghańskiej lokomocji. Być może słońce grzało tak bardzo albo wiatr wiał za mocno, że do głowy przyszła Ci myśl, rodem z kóz stada. Otóż, ku Twemu zaskoczeniu, niewielkie czworonożne, łaciate lub nie, zwierzęta z wystającym na przedzie porożem, które – swoją drogą – spotkać można na pęczki także w Polsce, stały się obszarem Twoich zainteresowań. Koza – takoż pospolicie zwana, sierścią pokryta osobniczka, zastawiła nam niejedną drogę do domu. Miała czelność kryć się nie tylko w pobliskich trawach i gąszczach ghańskiego krajobrazu, ale także na jezdni w miastach, w sklepach, czy nawet na autobusach, wiozących strudzonych podróżnych. Zawsze kiedy pomyślałaś, że postawi kopytka na łące obok rosłego drzewa, ta na przekór wszystkim, siedziała na kolumnie cegieł lub na dachu stojącej obok stodoły. Zaintrygowana do granic indywidualizmem kozy, postanowiłaś sprawdzić, czy ma prawo do takich wybryków, według demokratycznej zasady większości. Krótko mówiąc, zaczęłaś liczyć napotkane na drodze osobniki. Okazało się, że z Kintampo do Techiman – dla niewtajemniczonych, na odcinku 60km – kóz była zatrważająca liczba, znacznie przekraczająca ilość napotkanych istot ludzkich: sztuk 80!

Cóż było robić. Z tą oto szokującą wiedzą ruszyłyśmy w dalszą drogę do domu…
Tymczasem dźwięk szkolnego dzwonka obwieścił początek drugiego semestru, co za tym idzie – powrót 30 rozbójników do Don Bosco Boys Home. Zapraszam Cię na wędrówki część drugą.

Z mało kozimi pozdrowieniami,
Twoja A.

PS Płacz nadchodzi wieczorem, a rankiem – okrzyki radości. A ja powiedziałem pewny siebie: <<Nigdy się nie zachwieję>> (Ps 30,6-7)

Facebook