Dzień dobry, czy robicie badania na obecność HIV?

Życie w Casa Don Bosco cechuje się tym, że większość czasu wychowankowie spędzają razem. Ustalony plan dnia wypełniają ramię w ramię, z założenia chroniąc siebie na wzajem przed niebezpiecznymi zachowaniami. Nasze stosunki są bardziej grupowe niż odnoszące się bezpośrednio do któregoś z nich. Inaczej sprawa wygląda między obowiązkowymi dyżurami, zajęciami w studio, modlitwą, wtedy staramy się nawiązywać z chłopakami indywidualną relację. Zarówno Justyna jak i ja mamy w grupie kilku chłopaków, z którymi lepiej się rozumiemy. Częściej przychodzą z prośbą o pomoc w nauce, chętniej pomagają. Wiele razy zbliżają się, by poradzić się w jakiejś sprawie. Czasami potrzebują po prostu podzielić się swoimi zmartwieniami lub wyrzucić z siebie tragedię, która ich spotkała.

W nocy często rozmawiamy z Justą o minionym dniu. Opowiadamy sobie, co się przydarzyło, jak się mają chłopaki. Tego wieczoru Justyna powiedziała, że Joel dostał dziś ciężką wiadomość od matki. Kilka godzin wcześniej jego kuzyn odebrał wyniki badań, którym poddał się z powodu bardzo słabego stanu zdrowia. Ku zdziwieniu i rozpaczy bliskich okazało się, że choruje na AIDS. Wszystko wskazywało na to, że choroba rozwijała się przez dłuższy czas. Moment, w którym zaraził się wirusem HIV musiał mieć miejsce o wiele wcześniej. Chłopak prowadził dość bujne życie towarzyskie i w ciągu ostatnich lat kilkakrotnie zmieniał partnerki. Dla Joela to był kolejny szok. Po odłożeniu słuchawki mówił do Justyny – „U nas to prawie wszyscy uprawiają ze sobą seks, teraz pewnie cała wioska jest zarażona”. Tego wieczoru praktycznie z nikim już nie rozmawiał. Głęboko zasmucony i zatroskany przemykał się między resztą wychowanków.

Kolejnego dnia spróbowałem zbliżyć się do Joela. Po krótkiej rozmowie wyjawił również przede mną, co go trapi. Do tego czasu nie rozmawialiśmy otwarcie o chorobie kuzyna. Mamy z Justą zasadę, że mówimy sobie wszystko to czym dzieli się z nami wychowanek, jednak do czasu aż zwierzą się osobiście, druga osoba nie porusza z nim tematu. Przyciszonym głosem chłopak mówił – ” Jestem smutny bo kuzyn czuje się źle, choruje…”, po chwili dodał „ma AIDS”. „Przez ostatnie lata miał przynajmniej cztery dziewczyny” – ciągną dalej. „Czy one już wiedzą, że jest chory?” – spytałem, „chyba jeszcze nie, ale chcą się z nimi skontaktować”.

Dzień wcześniej Joel opowiadał Justynie o spustoszeniu, jakie może siać wirus w jego otoczeniu z powodu rozwiązłości seksualnej. On sam był częścią środowiska, o którym opowiadał dla tego bez wahania zaproponowałem badania na obecność wirusa HIV w jego organizmie. W chwili gdy o tym rozmawialiśmy, Joel leżał już w łóżku przygotowany do snu. Nakrył tylko głowę kołdrą, tak jakby w ogóle nie chciał słyszeć tego, o czym do niego mówię. Wtedy zrozumiałem, że przybity jest głównie lękiem o to, czy sam nie jest nosicielem. Szeptem dokończyłem mówić o oddalonym laboratorium i pełnej dyskrecji. Miał podjąć decyzję do następnego dnia.

Gdy tylko usłyszałem twierdzącą odpowiedź, udałem się w poszukiwaniu miejsca, gdzie mogli byśmy przeprowadzić badania krwi. Szybko trafiłem do położonego o 15 min drogi busem centrum medycznego pod wezwaniem Ducha Świętego. Patron jak najbardziej nam odpowiadał. Następnego dnia z rana siedzieliśmy razem w taksówce, udając się na miejsce. Byliśmy jeszcze przed godziną otwarcia, mimo to trafiliśmy na koniec sporej kolejki pacjentów. Z wcześniejszych ustaleń z pielęgniarką dowiedziałem się, że najpierw musimy iść do lekarza medycyny generalnej, by dostać skierowanie na badanie w laboratorium. Jednak pierwszym miejscem, które musieliśmy odwiedzić była kasa. Kwoty nie były wygórowane. Jednak stojąc razem z Jolelem zrozumiałem, jak strasznie czuje się człowiek, który w otoczeniu innych musi powiedzieć, że chce badać się na obecność HIV. Chłopak poruszał ustami, a pracownik przyjmujący pieniądze coraz bardziej przyklejał się do dzielącej ich kraty. To, co wydobywało się z niego, nie było nawet szeptem, w najlepszym wypadku lekko udźwiękowionym oddechem.

Lekarz medycyny generalnej przeprowadziła podstawowe badania. Zadała jeszcze kilka pytań i wystawiła skierowanie. Łagodnym głosem powiedziała, że w przypadku wyniku pozytywnego, trzeba po pewnym czasie przeprowadzić bardziej szczegółowe badanie dla potwierdzenia. Mimo, że rozważaliśmy najgorszy scenariusz, te słowa zabrzmiały dziwnie uspokajająco. Tak jakby chciała powiedzieć „gdyby przepadkiem wyszło, że jesteś nosicielem, w rzeczywistości wcale tak nie musi być”. Ta wieść odprowadziła nas na miejsca, gdzie pobierali materiał do badań. Krótka chwila i w drzwiach pojawił się Joel ze standardowo zgiętym łokciem i kilkoma świstkami w ręku. Do usprawiedliwienia spóźnienia w szkole wybraliśmy ten, gdzie nie było sprecyzowanego badania. „Po wyniki o trzeciej” – usłyszeliśmy z ust technika i wróciliśmy do domu.

O tym, czy młody jest trafiony czy nie, miałem dowiedzieć się pierwszy. Jeszcze rano umówiliśmy się z pielęgniarką, że Joel nie odbierze wyników osobiście z powodu zajęć w szkole. Zanim poszedłem na ulicę, by złapać kolejny raz taksówkę, pewien czas spędziłem w kaplicy. Nie była to wzniosła modlitwa, ozdobiona pięknymi słowami, prosiłem tylko Boga by chłopak był zdrowy. Chwilę później siedziałem już na małym stołku obitym sztuczną skórą. Obok mnie pan z laboratorium rozkładał koperty z wynikami pacjentów do poszczególnych przegródek. Nie trwało to długo, tylko tyle, by zdążyć postawić się w sytuacji osoby, która czeka na swój wynik. Kolejne koperty uderzają o drewniane przegródki. Słychać tylko „tyk, tyk, tyk, tyk” – w głowie zaś zupełnie coś innego –  „tak, nie, tak, nie”. W końcu wszystko ucichło. Jeszcze tylko jeden podpis i koperta Joela trafia do moich rąk. W korytarzu wyjmuję z niej mały kawałek papieru z wynikiem badań – „Suero No Reactivo”. Dodatkowo upewniam się pytając personel – tak, Joel jest zdrowy.  Szybko wróciłem do domu. Radość na jego twarzy po otwarciu listu miała wyraz jednego z najszczerzej wyrażonych uczuć, jakie spotkałem.

Tomek

Facebook