Kto pierwszy ten lepszy?!

Pora obiadowa to czas, który w Casa Don Bosco przeznaczony jest na spokojne spożycie posiłku i chwilę wytchnienia po godzinach spędzonych w szkolnej ławce.  Czy jednak dla wszystkich? Dla wielu wychowanków jest to cisza przed burzą. Żując ostatnie porcje ryżu już szykują się do szaleńczego wyścigu.

Modlitwa jest nieodłącznym elementem każdego posiłku. Zarówno przed jak i po, dziękujemy Bogu za to, że mamy co jeść i za ludzi, którzy przygotowali nam strawę. Jest to moment refleksji, oderwania od spraw doczesnych, wewnętrznego uspokojenia. Jednak rozmowa z Bogiem po obiedzie tylko pozornie wygląda tak samo. Ten sam znak krzyża, te same słowa, tylko chłopaki zachowują się inaczej. Od chwili gdy odpowiedzialny za modlitwę daje sygnał do powstania pomieszczenie stołówki nagle staje się przepełnione napięciem, poddenerwowaniem. Mimo ustalonych zasad część wychowanków nerwowo zmienia swoje miejsca. Zawsze tak, by znaleźć się bliżej drzwi wejściowych. Amen pośpiesznie kończonego „Ojcze Nasz” jest niczym wystrzał z pistoletu startowego. Na dźwięk, którego zrywa się do biegu większość chłopaków, rozpychając się łokciami kierują się do wyjścia. Co niektórzy już walcząc w tłumie kończą cykliczny moment zadumy czyniąc znak krzyża. To jednak robią tylko ci o głębszej wierze. Decydując się bowiem na takie poświęcenie tracą na moment możliwość pociągania kolegów prawą ręką, a to może skończyć się utratą wywalczonej na starcie pozycji.

W tym czasie na dachu budynku panuje jeszcze względny spokój. Nie ma tu nikogo. Dźwięk wylewających się ze stołówki dzieciaków zwiastuję jednak szybką zmianę tego stanu. Od frontowej, dłuższej, ściany budynku dumnie przygląda się całemu zajściu wulkan Misti. Uformowany w kształcie równego stożka, o bardzo masywnej podstawie sprawia wrażenie szefa tej okolicy. Mamroczące u jego podnóża  zabudowania Arequipy, tylko nasilają wrażenie jego potęgi. Dwa krótsze boki Casa Don Bosco wyznaczają kierunki na znajdujące się na przeciwległych krańcach miasta: wzgórza Rosaspata oraz miejscowego lotniska. Po przeciwnej stronie od wejścia ściele się niemal po horyzont las niskich zabudowań od czasu do czasu poprzetykany kolonialnymi wieżami kościołów. Głęboko błądzi człowiek, który myśli iż dla tych właśnie widoków młodzież szarżuje teraz po stalowych schodach. Słychać coraz głośniejszy stukot sandałów i zza szklanych drzwi prowadzących na dach wypada najszybszy z zawodników. Na ślepo biegnie do narożnika budynku, będzie miał chwilę na wybranie najlepszego sprzętu.

W Casa Don Bosco po obiedzie jest czas na sprzątanie. Dyżury ma każdy bez wyjątku, a ilość mioteł, szmat i wiader jest ograniczona. By wybrać szczotkę z najdłuższym włosiem, czy najmniej porwaną szmatę każdego dnia odbywa się wręcz rytualny wyścig. Najmniejsi biegną żeby wyrwać cokolwiek. Czasem bywa, że wracają tylko z samym kijem. To jednak nie jest najgorsza sytuacja. Za dobry drewniany trzonek można czasem dostać nawet całą szmatę. Ci, którzy przybiegli jako ostatni zmuszeni są do markowania sprzątania w oczekiwaniu na wolne narzędzia. To jest niebezpieczne, bo w tym czasie ciągle kręcą się wychowawcy. Niektórzy tak jak Rolando, czy Alfredo świadomie podejmują to ryzyko. Chowają się przeczekując pierwsze dwadzieścia minut za rogiem lub zamknięci w toalecie. W tym czasie chłopaki sprzątający schody, lub bibliotekę zazwyczaj już kończą.

Gdy emocje już opadną wyłania się ze stołówki grupka wyluzowanych młodych ludzi z powiewającymi na wietrze krawatami od szkolnego mundurka. Z punktu widzenia zasad panujących w domu – samobójcy. Kończąc swobodnie rozmowę udają się w różnych kierunkach. Dwóch na dach, kolejni na schody , do toalety i biblioteki. Mayco rozejrzawszy się spokojnie czy nie ma intruzów zadziera krótką nogę na kratę chroniąca okno naszego mieszkania. Na dachu naszej przybudówki już czeka na niego miotła, którą przygotował sobie poprzedniego wieczoru. Pedro kieruje się do dużej statuy Jezusa umieszczonej na skraju budynku. Nie dlatego, że modlitwa po obiedzie była za krótka. Na cokoliku u stóp Zbawiciela stoi zielony przedmiot pożądania, niedawno pędzącego tu tłumu, trzonkiem wsparty o klatkę piersiową Najwyższego. Jorge wygrzebuje swoją zmiotkę spod sterty starych butów, Danmer kładzie się pod jedyną zatrzaśniętą kabiną i ręką namierza włosie szczotki. Przez długi czas zagadką był pracujący w bibliotece Javier, nie było tam bowiem miejsca na schowanie tak dużego przedmiotu. Pewnego dnia przyczaiłem się by poznać tajemnicę. Młody udał się w kierunku instrumentów muzycznych. Będzie grał?! Bierze duży bęben i przez porwaną membranę wkłada rękę do środka. Po czym na światło dzienne pojawia się włochata część miotły. Kij znajduje się regałem z książkami. Dwa ruchy i komplet gotowy. Gdy mnie spostrzegł, śmiejąc się powiedział:

„Wiesz Tomi… Ja nie chodzę zbyt często na dach. Tak się składa, że wszystko mam pod ręką”

Wyżej opisane wydarzenia są codziennym rytuałem naszego domu. Wielokrotnie je analizowałem i wyciągnąłem naukę – Nie zawsze pierwszy znaczy lepszy. I tak odnosząc to do naszej europejskiej rzeczywistości, czy nie jest tak, że jeden robi wszystkie napotkane kursy, zapracowuje się w pogoni za „szczęściem”, drugi zaś obejmując ukochaną osobę mówi:

„Tak się składa, że wszystko mam pod ręką”

Tomek

peru_arequipa_tbuklaho_2010-11-22_1

Tekst pierwotnie opublikowany na portalu Wiadomości24.

Facebook