Niebezpieczne pieniądze

W Peru nauka i praca idą w parze. Wielu uczniów salezjańskiej szkoły, w której pracuję, podejmuje dorywcze zajęcia, żeby zarobić na podstawowe potrzeby. Po zakończonym tygodniu w szkole, udają się do pobliskich zakładów. Tam jako spawacze, tokarze, stolarze reperują swój budżet.

Żeby się uczyć, trzeba też pracować – wie o tym większość studentów na polskich uczelniach. W weekendy praca kelnera, po zajęciach pisanie tekstów, czy wakacyjne wyjazdy za granicę – opcji jest wiele. Mniej lub więcej, rzadziej czy częściej – robić trzeba. Podobne standardy realizowane są w Ameryce Południowej, Peru nie stanowi tu wyjątku.

W CEO Don Bosco w Arequipie (Salezjańskiej Szkole Technicznej) uczy się około 500 osób. Część z nich spotykamy podczas prowadzonych zajęć. W jednej z grup poznaliśmy Nell Paole. Roześmiana, pełna życia dziewczyna, wyraźnie pociągająca do działania swoich rówieśników. Lepiej niż inni znała język angielski, Justyna przygotowywała specjalnie dla niej osobne materiały. Mechanika produkcji nie jest specjalnie okupowana przez kobiety, jednak Nell odnalazła się tam znakomicie. W zajęciach na warsztatach radziła sobie sprawniej niż większość chłopaków. Tokarki, prasy, gilotyny, szast prast i zrobione. Dodatkową „zagwozdką” w jej wizerunku była nietuzinkowa uroda. Wysoka, pewna postura, szeroki uśmiech, ciemne włosy, lekko przybrązowiona cera.
Pełna wiary w siebie realizowała swoje marzenia. Gdy przechodziła przez warsztat, chłopcy płynnie podążali za nią wzrokiem do momentu, gdy na barku poczuli ucisk własnej brody, nieważne ile stali mieli w rękach.

Część uczniów Salezjańskiej Szkoły Technicznej to młodzież w trudnej sytuacji materialnej. Wielu mieszka w domach, podobnych do tego, w którym pracujemy. Oni najczęściej podejmują dorywcze zajęcia, żeby zarobić na podstawowe potrzeby. Po zakończonym tygodniu w szkole, udają się pobliskich zakładów. Tam jako spawacze, tokarze, stolarze reperują swój budżet. W jednym z warsztatów często pojawiała się w weekendy młoda dziewczyna z działu mechaniki produkcji. Na brak pracy nie narzekała, była po prostu dobra.

Tej soboty Nell pracowała przy obróbce stalowych rur. Nie było to trudne zadanie, zatoczyć pod odpowiednim kontem końcówkę materiału i oszlifować. Toczy się przy użyciu noża tokarskiego umocowanego na solidnej podstawie. Z rurami trzeba powoli, bo lubią się zgnieść w uchwycie. Szlifować… najprostsza sprawa to kawałek papieru ściernego przyłożyć do szybko obracającej się rury. Tak też zrobiła Nell. Okulary i rękawice dodatkowo dały jej pewność siebie przy pracy. Tym razem jednak to co zawsze chroniło jej ręce stało się przyczyną tragedii. Już w szpitalnym łóżku Nell opowiada:

„Pamiętam, że stałam przy tokarce, zaraz później byłam już na ziemi. Najgorszy był widok białych kości wystających z dłoni i palce wiszące na kawałkach skóry. Miałam to przed oczami przez całą noc, nie dałam rady zasnąć.”
Kolejne relacje kolegów z pracy uzupełniały przebieg wypadku. Wirująca krawędź zaczepiła rękawicę i nie zamierzała się zatrzymać. W jednej chwili palce, dłoń i ramię Paoli wykonały kilka obrotów, po czym całe ciało z siłą uderzyło o ziemię. Gdy odzyskała przytomność inni pracownicy byli już przy niej i próbowali udzielić pierwszej pomocy. Płynąca z dłoni krew zalewała coraz większą część podłogi.

Traumatolodzy zrobili kawał dobrej roboty. Poskładali przedramię, zszyli ścięgna palców:
serdecznego i wskazującego. Połączyli rozerwane naczynie krwionośne. Urwane członki dodatkowo umocowali za pomocą kilku drutów stabilizujących do dłoni. Od tej chwili zaczęło się oczekiwanie, czy palce się przyjmą. Dodatkowym zmartwieniem były pieniądze. Ponieważ wypadek stał się poza miejscem nauki, Pauli nie obejmowało ubezpieczenie szkolne, innego nie miała.

Polityka w szpitalach peruwiańskich jest prosta. Jeśli pacjent nie posiada ubezpieczenia zostaje na oddziale tak długo aż ureguluje rachunek za leczenie. W przypadku Nell było to kilka tysięcy soli za operację, dodatkowo kilkaset każdej doby za opiekę i lekarstwa. Od razu z pomocą ruszyli koledzy z warsztatów szkolnych. Zbiórki pieniędzy organizowane były kilkakrotnie. Na mszę za zdrowie koleżanki przyszli wszyscy uczniowie CEO, kościół pękał w szwach, a wolne miejsca były tylko w niektórych konfesjonałach. Wizja uciekającego ze stołu operacyjnego pacjenta, z obawy przed zrujnowaniem rodziny, oddalała się. Z pomocą rodziny i przyjaciół udało się dogonić rosnącą kwotę rachunku.

Jeszcze rok temu Nell Paola była na wycieczce w zakładach technicznych w Piura. Była to nagroda dla młodzieży o bardzo wysokich wynikach w nauce. Ze znaną pewnością siebie poprowadziła zgromadzonym w auli mężczyznom wykład z wytrzymałości materiałów i ustawienia optymalnych kątów noża przy toczeniu. Od tej pory panowie kłaniali się nie tylko ze względu na płeć, ale za fachowość i pewność siebie z jaką pracowała Paola.

Teraz huk warsztatu wywołuje lęk i przyciąga jak magnes wspomnienia z feralnej soboty.

W szkole pojawiła się tylko raz żeby zabrać dokumenty. Do odebrania dyplomu zostało zaledwie pięć miesięcy. Na nic zdały się namowy wykładowców, dyrektora i kolegów. To było poza jej zasięgiem, nie była w stanie tam wrócić. Zaszyła się w domu. Znajomość z chłopakiem też się skończyła. Dziewczyna stała się kłębkiem nerwów, przy każdej rozmowie niespokojnie stukała stopą lub drapała coś zdrową ręką. Co chwilę poprawiając bandaż na wystających drutach stabilizujących. Tylko zaciągnięta w meandry rozmowy odzyskiwała bystre spojrzenie sprzed wypadku.

Z Dr Hugo Benobente poznaliśmy się na kilka tygodni przed wypadkiem Nell. To wysokiej klasy specjalista traumatolog z dużym doświadczeniem. Bardzo dobrze, że trafiła do niego na stół operacyjny. Jego profesjonalne podejście do rehabilitacji też bardzo ułatwiało nam pracę. Z tygodnia na tydzień stan Paoli się poprawiał. Lekko poruszała palcami, ryzyko amputacji oddaliło się. Wytrwale znosiła bolesne rozciąganie podczas wizyt i kontynuowała ćwiczenia w domu. Zaczęła pomagać w salonie fryzjerskim mamy, sprzedając produkty kosmetyczne. Powoli wracał też jej dobry humor. Dr Hugo widząc znaczne postępy, usunął wewnętrzne druty pozostawiając serdeczny palec całkowicie wolnym, wskazujący otrzymał zewnętrzną stabilizację umożliwiającą wykonywanie ćwiczeń w większym zakresie ruchu. To wszystko znacznie podbudowało naszą bohaterkę. Z tygodnia na tydzień wkładała w ćwiczenia jeszcze więcej wysiłku, przechodząc kolejne etapy rehabilitacji.

Minęły już trzy miesiące i do prawidłowego funkcjonowania dłoni jest jeszcze długa droga, to jednak nie zniechęca Nell. Justyna zaproponowała, by wróciła do pomagania w nauce wychowankom z Casa Don Bosco, zgodziła się. Wyraźnie wracała do formy. Następnego tygodnia podjęła kolejne wyzwanie i w środę o 8.30 zapukała do drzwi dyrektora CEO Bon Bosco. Uzyskała zgodę na kontynuowanie nauki i po nadrobieniu zaległości będzie mogła otrzymać zaliczenie roku. Zaraz potem stała przed drzwiami sali, w której ostatni raz była na dzień przed wypadkiem. Z szerokim uśmiechem przestąpiła próg i zaczęła witać się z kolegami.

W trzy miesiące od nieszczęśliwego wypadku Nell Paola stanęła na nogi. Przezwyciężyła depresję, lęk, zrezygnowanie i ból fizyczny. Powróciła do szkoły na zajęcia teoretyczne, warsztaty są jeszcze dla niej zamknięte. Jednak znając zacięcie tej dziewczyny, to tylko kwestia czasu jak znów zacznie przechadzać się między maszynami powodując zawrót głowy.

Tomek

Tekst pierwotnie ukazał się na portalu wiadomości24.

 

Facebook