Bo na misjach robi się wszystko…

Miałam napisać, dlaczego jestem „mala” czyli zła, czy jakkolwiek by tego nie można było inaczej przetłumaczyć. Otóż słowo to słyszałam już nieraz w odniesieniu do siebie. Np.:

– gdy Junior (tak jak i jego 4 kolegów) trzeci dzień z rzędu przyszedł bez zeszytu, kartki, czegokolwiek do pisania i dodatkowo nie potrafił usiedzieć na miejscu i zachować ciszy (w czasie gdy w tej samej sali dzieciaki rozwiązywały swoje zadania domowe, on powinien robić to samo, bo właśnie po to przyszedł), tego właśnie trzeciego dnia zajmując się akurat tą salą, bo przypisany do niej „profesor” (czyt. ok. 16letni chłopak) również kolejny raz się nie pojawił, wyszłam z siebie, stanęłam obok i postanowiłam zaciągnąć delikwenta przed oblicze kleryka, który uchodzi za szefa oratorium. No więc ciągnę Juniora za rękę, ten zapiera się nogami i powtarza „mala, mala”. Cóż przyznałam mu rację, jestem zła, bo wciąż przychodzisz tu tylko by się pobawić i co zjeść, a dodatkowo jeszcze trochę poprzeszkadzać, tak to ja jestem zła, niedobra, przepraszam, że cię tak krzywdzę. Gdyby ktoś chciał wiedzieć jak zakończyła się ta historia, proszę bardzo: gdzie był w tym czasie uważający się za szefa kleryk jedynie Bóg raczy wiedzieć. Ostatecznie udało mi się wręczyć Juniorowi kartkę z pytaniami o życiu św. Jana Bosko i zostawić go w bibliotece. Uff, jeden mniej, zostało czterech mu podobnych i sporo innych niby to rozwiązujących swoje zadania. Następnego dnia już przy bramie sprawdzałam czy mają zeszyty i jakieś pisadła. Junior nie miał, ale po 5min wrócił z domu z potrzebnymi rzeczami. Czasem coś się udaje:)

– jestem „mala”, gdy nie chcę dać cukierków animatorom. No nie żebym nie chciała się dzielić, po to przecież przytargałam te parę kilo cukierków z Polski, ale ….ach nie da się opisać, przynajmniej ja bym sobie tego, będąc w Polsce, nie umiała wyobrazić. Raz poczęstowałam polskimi cukierkami i teraz każde spotkanie z Edsonem i Milagros kończy się tekstem „daj cukierki”. I to nie jest takie żartobliwe „a może tak cukiereczka?” albo „masz może jeszcze te pyszne cukierki?”, tylko takie kategoryczne żądanie „daj i już, bo chcemy i tyle”. To pokazuje trochę tutejszą mentalność, jesteś biała, więc masz. Przybywasz z kraju, gdzie wszystko jest łądne, piękne, bogate, wszyscy ludzie mają duże domy, pracę, a dzieci jedzą cukierki na śniadanie, obiad i kolację. Ach, niecierpię, gdy traktuję się mnie, jak dojną krowę z Ameryki. Człowieku, ja nie przyjechałam tu, żeby cię częstować cukierkami, jestem tu, żeby ci pokazać, że „bez pracy nie ma kołaczy” i że trochę zaangażowania czyt. chcenia i działania a naprawdę dużo jest możliwe.

– dziś tez byłam „mala”, sama już nie pamiętam dlaczego, chyba, bo Paquita zostawiła chłopaków w sali w czasie przerwy, bo byli niegrzeczni w  czasie przeznaczonym na rozwiązywanie zadań. No i oczywiście Hiszpanie byli lepsi, bo ich nie przetrzymywali i mam sobie wracać do Colombii (cóż Polska po hiszpańsku to Polonia, w dodatku kraj europejski, więc niezbyt znany).

– „mala” jestem też, gdy nie mam kluczy do biura i nie mogę dać im piłek; gdy chcę zamknąć bramę; gdy poganiam dzieci, bo przerwa się skończyła i trzeba się ustawić; gdy nie chcę dać dodatkowego ciasteczka; gdy mówię, że mogą łaskawie poczekać minutę aż im otworzę skoro ja musiałam czekać na szanownych panów 40min; no i gdy nie chcę śpiewać Sto lat…

Jak widać to dość popularne słowo. Zwykłam też za nie dziękować. Czasem jednak to słowo naprawdę boli.

¿Qué más?

Przed wyjazdem do Peru, na pytanie co będę tu robić. Zwykłam odpowiadać, że wszystko, bo to przecież misje, a na misjach robi się wszystko, co trzeba. No więc, sama nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bliska jestem prawdy. Ponieważ oprócz moich standardowych zajęć czyli wszelako pojętej opieki nad dziećmi czyt. przypominaniem sobie tabliczki mnożenia, tajników dzielenia w słupku, zamieniania ułamków zwykłych na dziesiętne, studiowaniem książek z matematyki na wszystkich poziomach nauczania (co aktualnie czynię w tzw. czasie wolnym), tłumaczeniem w myślach słów hiszpańskich na polski i z polskiego na angielski, bądź też usiłowaniem domyślenia się jakie angielskie słowo kryje się pod tajemniczo brzmiącym wyrazem o wymowie iście peruwiańskiej; wydawaniem dokładnie 3 ciasteczek; ciągłym używaniem słowa „vamos a” (chodźmy tudzież idziemy, zależy jak się użyje); pozwalaniem pójść do łazienki, bądź też nie (gdy zaczyna się epidemia sikania); tłumaczeniem z jakich części składa się la Biblia i jak w niej coś znaleźć; prowadzeniem katechezy w pomieszczeniu, które ma kiedyś być kościołem bez użycia jakichkolwiek pomocy dydaktycznych, po prostu siedząc z dziećmi w kole na podłodze (czyt. betonie); zbieraniem, stemplowaniem i rozdawaniem legitymacji; sprawdzaniem listy (co jest dla mnie drogą przez mękę, bo wciąż nie umiem się doczytać nazwisk); myciem kubeczków przy użyciu czegoś, co można by nazwać pastą do mycia naczyń; graniem w siatkówkę piłką cięższą niż ta do kosza…..aj się zapędziłam, ale mogłabym tak jeszcze z pół nocy, przejdę może do tych bardziej niecodziennych czynności.

No więc oprócz setek dzieciaków mam pod opieką jakieś 22 papużki, które rano trzeba nakarmić i napoić, a wieczorem przykryć klatki kocami, żeby nie zmarzły (o tym, że tu jednak JEST ZIMNO napiszę innym razem). Opieka nad papużkami stała się moim zadaniem, gdy kucharka o nich zapomniała i 7 padło z głodu. Ponadto, do tej pory dwa razy zaryzykowałam życiem wspólnoty i ugotowałam obiad po polsku (zdaje się, że pierwszy raz gotowałam dla 9 osób, w dodatku dość uroczysty obiad bez użycia podstawowych produktów, które każda polska gospodyni domowa posiada – spróbujcie tu kupić śmietanę). Dowiedziałam się też, jak się przygotowuje paellę i gaspacho (nie ma to jak wrócić z Peru ze znajomością hiszpańskiej kuchni). Nie liczyłam na to, że wezmę udział w Kongresie Eucharystycznym, ani, że stanę się gościem honorowym uroczystości szkolnej (opiszę to kiedyś jak mnie weźmie na wątek „peruwiańska szkoła”). Nie brałam też pod uwagę trzęsienia ziemi, które przeżyłam dokładnie godzinę i 5minut temu.

Jeszcze tylko jedno i idę spać. Bo wychodzi na to, że sporo piszę o jedzeniu i nie ma co ukrywać sporo tu też jem. Trochę tak dziwnie się czułam wsuwając pyszny obiad, zajadając go bananem, a czasem i tortem, bo np. kleryk miał urodziny i idąc później do dzieci, które jak łatwo się domyślić, nie miały tak pełnych brzuszków jak ja. Ale ks. Piotr przedstawił to mniej więcej tak: można się użalić nad ich losem i samemu przestać jeść, bo skoro oni nie mają co jeść, to ja też nie będę i chodzić cały dzień bez sił do życia, a więc i do pomocy potrzebującym. Ale można też, korzystając z tego, że ma się lepsze warunki, dać z siebie jeszcze więcej, pomagać jeszcze bardziej, pracować dłużej. Przemyślałam ten sposób rozumowania i przyznałam księdzu rację. Wolna od grzechu obżarstwa, ale z pełnym brzuchem, jestem tu bardziej pomocna, niż myśląca wciąż o tym, że jestem głodna. No więc jem, co kucharka ugotuje, a później biegam i gram z dziećmi, no i wysilam swój mózg, by przypomniał sobie, inne gry, zasady wykonywania działań oraz to, z czym wciąż mam problem, czyli odmiana czasowników nieregularnych w czasie przeszłym Indefinido:|

Facebook