Szkoła wiary

6 sierpnia. Dokładnie miesiąc temu dotarłam do Peru. Z jednej strony pytam: kiedy minął ten miesiąc? przecież dopiero co pakowałam walizkę i zastanawiałam się, co też może mi się jeszcze przydać. Z drugiej zaś strony mam już za sobą prawie miesiąc pracy w Bosconii, a przecież jeszcze nic nie zrobiłam, jeszcze nawet nie pamiętam połowy imion, jeszcze nie wszystkie dzieci zapytały się czy mam chłopaka (;)), nie wszystkie rozumieją, że Polonia to nie to samo, co Colombia (;)), nie wszystkim pstryknęłam zdjęcie (chociaż wszyscy zgodnie wołają „señorita Madalena* una foto, una foto”), jeszcze się nie objadłam bananami, ani nie przeniosłam całego piasku z boiska do swojego pokoju. Jeszcze tyle jest do zrobienia, tyle dzieciaków do przytulenia, ucałowania, a marzec jest o miesiąc bliżej. Dlatego postanawiam przedłużyć dzień, skrócić noc, przenieść się jeszcze bliżej bramy, by móc przywitać każdego, kto przychodzi do Bosconii i żyć jeszcze bardziej dla nich, bo przecież po to tu jestem.

A co poza tym? Dostałam dziś swoistą szkołę wiary. Pierwszy raz uczestniczyłam w Mszy świętej z udziałem dorosłych (czyt. babć i kilkorga wnucząt). I wiecie co? Chcę więcej. Przed Mszą wystawienie Najświętszego Sakramentu, Ksiądz kończy modlitwy i przekazuje mikrofon, by móc pójść spowiadać. Widać było, że osoba, która dalej prowadziła modlitwy nie była przypadkowa. Na Mszy św. podobnie, dwie panie prowadziły śpiew przy akompaniamencie tamburyna. Liturgia słowa i modlitwa wiernych podobnie z udziałem trzech kolejnych kobiet. Kazanie z kilkoma pytaniami do wiernych, poruszające bliskie im tematy. Widać było wielkie zaangażowanie i można było odczuć rodzinną atmosferę panującą w kaplicy….przyszliśmy do domu naszego Ojca. Na koniec Mszy św. brawa i okrzyki „Que viva María Auxiladora”. Odprowadzam poznaną już wcześniej staruszkę, która mówi, że mieszka daleko, inna życzy mi opieki Maryi Wspomożycielki….

Msze święte tutaj? Czasem mnie zaskakują. Pierwszy szok przeżyłam już w Limie, gdzie uczestniczyłam w Mszy św. konwenckiej w domu inspektorialnym salezjanów. Gdy Eucharystię celebrował inspektor, który jest z pochodzenia Włochem albo Polak, to było ok., ale gdy Peruwiańczyk to…pamiętam zajęcia na studiach, na których dyskutowaliśmy na temat przyjmowania komunii świętej na rękę, nie byłam przeciwko, ale myślałam też, że nikt mnie do tego nie przekona, a tu nawet sama musiałam wziąć hostię i zamoczyć w chrystusowej Krwi. [Justynko Z. opisz mi proszę swoją reakcję, bo właśnie sobie wyobraziłam Twoją minę]

Następny szok był w Huancayo, bo kielich z winem trzymała ministrantka, zaś ksiądz udzielał komunii św. na rękę, dalsze czynności sami sobie wyobraźcie, dodam tylko, że to Msza dla dzieci była. W tej Eucharystii uczestniczyłam z tekstem obrzędów w języku hiszpańskim (w wersji peruwiańskiej, bo też są różnice) i zanim przełożyłam kartkę wszyscy w koło zaczęli klaskać i śpiewać radośnie. Ciekawe czy ktoś z Was by się domyślił, że śpiewali „Baranku Boży”, ja byłam pod wrażeniem. Szok był jeszcze w momencie Podniesienia, ponieważ wierni zaczęli coś mówić, no i oczywiście nikt nie klęczał.

Po tej szkole, w Piura już nie jestem tak zdziwiona. Jestem zawsze na Mszy świętej niedzielnej z dziećmi. Jest bardzo dużo dzieci, które zajmują miejsca grupami np. grupy przygotowujące się do I Komunii św., Oratorio Bartolomé Garelli… Tu na szczęście przynajmniej raz w ciągu całej Mszy się klęczy-w momencie przeistoczenia. Brakuje mi tu klęczenia przy modlitwie, postawa stojąca nie jest moją ulubioną, ale musiałam przyjechać do Peru, żeby się o tym przekonać. Za to śpiewania moglibyśmy się od Peruwiańczyków uczyć, no i klaskania w kościele. Żałuję, że nie mamy w naszej kaplicy figur świętych, bo na pewno miały by prawdziwe włosy i stroje z materiału, bardzo pięknie zdobione.

Jak kiedyś uda mi się pojechać z ks. Piotrem do Peru Canada, to na pewno Wam opiszę jak wygląda Eucharystia pośród biedy i trosk okolicznych mieszkańców.

A teraz idę już spać, jutro zakończenie turnieju piłkarskiego, a wcześniej moje zmagania z kuchnią polską w warunkach peruwiańskich. Jak uda mi się zrobić kluski śląskie i kisiel z jakiegoś egzotycznego owocu, to w przyszłym tygodniu próbuję upiec ciasto:)

A i jeszcze jedno, módlcie się proszę, za moich małych podopiecznych i ich rodziny, a od dziś przez 9 dni również w intencji moich ześwirowanych pątników z Grupy Złotej Warszawskiej Pieszej Pielgrzymki Grup 17 na Jasną Górę. Dziwne to uczucie, pierwszy raz od zdaje się 8 lat nie być z nimi fizycznie, bo duchem owszem, może tylko nie mam czasu myśleć, gdzie teraz są i co mogą robić. Życzę opieki z Góry i salezjańskiej radości na pielgrzymim szlaku!

* nie, nie zrobiłam błędu w swoim imieniu, po prostu tak tu wymawiają moje imię:)

Facebook