Biały Miś

Poznaliśmy się w Krakowie. Po Mszy u Braci Dominikanów podszedł i zamieniliśmy kilka zdań. Uświadomiłem sobie, że jeszcze w środku przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, mając głowy podniesione równie wysoko. To chyba samcza natura niezależnie od miejsca i sytuacji zmusza do bronienia swoich granic. Nawet jeśli ktoś zbliża się do nich tylko wzrokiem. Tą „walkę na gęby” zremisowaliśmy. I dobrze, mogliśmy rozmawiać jak równy z równym.

Z Marcinem- wysokim, nieźle zbudowanym człowiekiem- zaledwie kilka razy miałem okazję się spotkać. Rozumieliśmy się dobrze bez zagłębiania się w życiorysy. Szybko zeszliśmy na tematy wiary. W jednej z rozmów poruszyliśmy kwestię pracy na rzecz potrzebujących. Oboje uznaliśmy to jako dobrą formę realizowania się w Kościele osób świeckich. Marcin przedstawił mi swoją wizję. Układała się logicznie. Miał dobrą pracę i w oparciu o nią budował resztę. Najpierw około 10 lat pracy. Z wyliczeń, które poczynił, wynikało, że po tym czasie zgromadzi kwotę, która inwestowana bez problemów zarobi na utrzymanie swojego właściciela i jeszcze przyniesie zyski. W pierwszym momencie, widząc rozpiskę, ciężko przełknąłem ślinę. Dobrze bowiem to wyglądało, przynajmniej na kartce. Kontynuując, mówił, że posiadając zabezpieczenie finansowe, będzie mógł spokojnie zająć się pracą na rzecz innych. Przyznać trzeba, że całość jawi się sympatycznie.
Choć mi osobiście ciężko wyobrazić sobie dziesięć lat czekania. I o ten właśnie czas przyśpieszyłem wszystko, przedstawiając swój pomysł. Zacząć wszystko od dzisiaj, powiedziałem. Kontynuując wszystko to, co robię do tej pory. Tak, żeby pomagając innym, nie ograniczać samego siebie. Kończyć szkołę, zaczynać kolejną, spotykać się z przyjaciółmi, odpoczywać i… pomagać, jak tylko nadarzy się okazja. Ot i cała filozofia. W takim układzie mam możliwość poznawać nowe rzeczy, cieszyć się życiem i zrobić coś pożytecznego dla innych.

Wygląda na to, że na początku trzeba jednak podjąć decyzję. Nie odnośnie sposobu w jaki chcę pomagać, ale w ogóle, czy chcę. Jeśli jesteśmy pewni, że chcemy poświęcić część swojego czasu na pracę dla dobra drugiego człowieka, możliwości pojawią same. Wtedy wystarczy je wykorzystać. Trzeba mieć jednak na uwadze, że pomaganie wciąga. Jest to jednak nałóg budujący i uważam, że przez to pożyteczny.

Może się wydawać, że od pewnego czasu rezygnujemy z wielu rzeczy, by pomagać biednym chłopcom z Peru. No skłamałbym zaprzeczając. Wiedzieć jednak trzeba, że dużo więcej zyskujemy niż zostawiamy. I nie tylko w wymiarze duchowym, ale też materialnym. Język, kurs rozwiązywania konfliktów w praktyce, badanie granic swojej wytrzymałości psychicznej czy wizyta na innym kontynencie. To wszystko można wycenić i suma będzie spora. Taka więc jest polityka Tego, co nas motywuje do podejmowania decyzji. Dajesz trochę i masz w zamian kupę (w sensie, że dużo). Dlatego też nie zamierzam poświęcać się tylko pracy zarobkowej przez żaden rok mojego życia. Przez ostatnie półtora roku zauważyłem, że pieniądze, jak są potrzebne, to się znajdą. Nie ważne jak duże by nie były potrzeby. Jak nie projekt, to prywatni sponsorzy. Spadają z nieba w samą porę. Tak więc nie ma co się przejmować drobiazgami i brać się do roboty. Do tego co sprawia nam satysfakcję i przynosi duży pożytek. Bo największa i zarazem najłatwiejsza do zrealizowania pomoc to dać siebie, choćby na chwilę. Efekt murowany.
Na krótkim filmie, przy użyciu misia podjąłem się próby zobrazowania tego, o czym napisałem.
Przesyłam pozdrowienia dla Marcina, z podziękowaniami za wspólne rozmowy. Solo, które usłyszymy pod koniec utworu muzycznego (Tymon & The Transistors), dedykuję dla Łukiego Grubsona dołączając serdeczne życzenia urodzinowe.

Tomek

Facebook