Ukraina- Berdyczów i Dekatlon

Bywały takie dni w których nie działo się wiele. I w których czasem czułem frustrację, bezsens czy złość na samego siebie. Jednakże ostatnio dzieje się aż nadto.

Poza tym, że regularnie chodzę pracować do młodzieżowego centrum, to czasem zaprzyjaźniona siostra zakonna organizuje krótkie spotkania dla dzieci i angażuje mnie w pomoc. Pewnego dnia pomagałem przy zajęciach dla niedużej grupy dzieci z Żytomierza, miło spędziliśmy czas a wieczorem odwiedziły mnie wolontariuszki Ania, Karolina i Wiktoria, które właśnie wtedy skończyły pierwszy tydzień półkolonii w Żytomierzu. Bardzo mnie ucieszyły tą wizytą.

Powoli szykowaliśmy się do Dekatlonu, czyli obozu dla młodzieży. Należało udać się do lasu i zrobić porządki w miejscu, gdzie miał odbyć się obóz. Były spotkania z wolontariuszami, czyli ze mną i lokalną młodzieżą, ale też z osobami, które miały gotować czy przygotować różne dyscypliny.

Jednocześnie biłem się z myślami, czy iść na trzy dniową pielgrzymkę do Berdyczowa i zdecydowałem się na to z iście ukraińską mentalnością. Podjąłem decyzję w środę popołudniu, jedząc obiad, że jednak pójdę na pielgrzymkę, która miała wyruszać następnego dnia. Mimo iż trwała trzy dni, była bardzo wyczerpująca. Szliśmy po trzydzieści kilometrów a temperatura również sięgała takiej liczby. Miałem okazję zobaczyć wnętrze ukraińskiej chaty. Było to dla mnie zupełnie jakbym cofnął się w czasie. Z jednej sypialni wchodziło się do następnej i jeszcze następnej. Dużo obrazów i kilimów, meble jak z PRL-u. Stare pluszaki i lalki jako ozdoby na meblościankach czy pomiędzy kwietnikami, stoły służące jako ołtarzyki, a na nich figury Jezusa i Maryi oraz obrazy świętych. Ogólnie domy sprawiały wrażenie bardzo ciasnych i nieco zagraconych. Ubikacja? Wychodek obok stajni i gnojowiska. Prysznic? Rogi z desek owinięte folią a na górze baniak z wodą, którą należało sobie odkręcić wchodząc do własnoręcznie zrobionej kabiny prysznicowej. Ale właśnie w tych domach my, pielgrzymi, spotkaliśmy się z niewyobrażalną gościnnością i życzliwością. To jednak prawda, że im człowiek mniej ma, tym więcej daje. A więc uczę się w każdym miejscu i w każdej sytuacji stawać się lepszym.


Wejście do Berdyczowa może nie wzruszyło mnie tak jak wejście na Jasną Górę w Częstochowie, ale również było uroczyście. Zmęczony ale szczęśliwy wróciłem do Korostyszewa, gdzie czekała mnie ciężka praca. Należało wyciągnąć ze składów i magazynów wszystko to, co będzie potrzebne na obóz. Zajęło nam to całą niedzielę. W poniedziałek natomiast szykowaliśmy wszystko na miejscu. I choć zaraz po rozpoczęciu pracy spadł deszcz, to jednak na szczęście szybko się skończył. Rozłożyliśmy duży namiot, który miał pełnić funkcję magazynu, rozłożyliśmy namioty dla wolontariuszy, ustawiliśmy wychodek, piec, na którym panie z parafii miały nam gotować posiłki, ruszt i ławki. Przyjechał agregat oraz pompa do wody, zbudowaliśmy prysznic, mostek, pomost, rozwiesiliśmy baner, kolorowe girlandy oraz kable, bo potrzebne było światło i nagłośnienie. A jedną z pomagających osób był kleryk Czung, salezjanin, który przyjechał z Żytomierza. I w końcu rozpoczęcie obozu! Zjawiła się młodzież z parafii, miasta, z Żytomierza a nawet Odessy. Wszyscy byliśmy podzieleni na cztery grupy: czarni, bordowi, zieloni i niebiescy – do których należałem. Organizowaliśmy rożne zawody i gry. Liczyła się sprawność, szybkość i praca w grupie. Na koniec dnia zapisywano, ile punktów ma dana drużyna, a to zależało od miejsca, które zdobyli. Było przeciąganie liny, orientacja w terenie, przejęcie flagi, kajaki, malowanie plakatów z logiem swojej drużyny oraz wymyślenie jakieś dewizy. Odgrywaliśmy ukraińskie legendy a ostatniego dnia każda grupa miała zrobić przedstawienie na dowolny temat. W wolnym czasie tańczyliśmy oraz graliśmy w siatkówkę, niektórzy się kąpali albo łowili ryby w pobliskiej rzece. Wieczorami były rozmowy i gry przy ognisku. Młodzież grała na gitarze i śpiewała, smażyliśmy marshmallow i miło spędzaliśmy czas. Moja drużyna zdobyła pierwsze miejsce a na zakończenie Dekatlonu prawie wszyscy wskoczyli do rzeki.

Młodzież rozeszła się, mam nadzieję, pełna miłych wspomnień, a my tej nocy wraz z Czungiem nocowaliśmy w obozie aby pilnować wszystkich rzeczy. Następnego dnia należało to wszystko… posprzątać. Wszystko ładowaliśmy na pakę samochodu i zawoziliśmy do oratorium. Tam natomiast należało wszystko rozładować i schować na miejsce. Wyszły w sumie trzy kursy, ale w nagrodę za pomoc była pizza. Wieczorem na pożegnanie odbył się grill dla wolontariuszy i organizatorów.